Dzieje sięGłogów

Była zima, środek nocy. Załadowali nas na sanie i wywieźli na nieludzką ziemię3 min na czytanie

Była zima, środek nocy. Załadowali nas na sanie i wywieźli na nieludzką ziemię 1

– Byliśmy na nieludzkiej ziemi – mówi ze łzami w oczach Helena Szynklarz (92 l.) o tym, co przeżyła. Pani Helena urodziła się w 1927 roku na Kresach w miejscowości Rozhadów w ówczesnym województwie Tarnopolskim. Mieszkała tam z rodzicami, starszą siostrą i młodszym bratem. Ojciec Jan sprawował opiekę nad lasami hrabiego Jerzego Potockiego. Organizował polowania oraz pełnił funkcję leśniczego. Do wybuchu drugiej wojny światowej skończyła pięć klas szkoły podstawowej. I wtedy rozpoczęła się tragedia.

10 lutego 1940 roku, w środku nocy, do drzwi zapukali żołnierze. – Oznajmili, że cała rodzina ma zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i opuścić dom. Miałam wtedy 13 lat – wspomina. Była przestraszona, bo nie wiedziała, co się dzieje. – Mówili do nas po rosyjsku. Była zima, załadowali na na sanie. Mój brat miał zaledwie trzy lata. Otuliłam go, by nie zmarzł – dodaje.

Wszyscy jeńcy zostali zawiezieni na stację kolejową. Nie mieli nawet pojęcia, gdzie jadą. Podróż trwała miesiąc. – W strasznych warunkach… w ścisku. Po 60 osób w jednym bydlęcym wagonie. Raz na jakiś czas dostawaliśmy po kawałku suchego chleba i gorącej wody. Słyszałam, że w innych wagonach niektórzy nie przeżyli podróży – opowiada pani Helena, która wraz z matką, ojcem i bratem trafiła do Krasnouralska. Nakazano im zamieszkać w drewnianych barakach. – Był siarczysty mróz. Temperatura poniżej 50 stopnic Celsjusza. A w tych barakach zalęgły się pluskwy i wszy. Kąpiel była raz w tygodniu – przypomina sobie. Gdy ukończyła 14 lat zaczęła przymusowo pracować. – Pamiętam, jak latem pracowałam przy sianokosach. Na początku nie dawaliśmy sobie rady. W tym czasie rodzice pracowali w kopalni oraz przy wyrębie lasu. Rosjanie dowozili nam kaszę oraz chleb, ale oprócz tego żywiliśmy się pokrzywami, trawą i grzybami. Zdarzało się, że wodę piliśmy z kałuży przez chusteczkę. I jak młodszem bratu (przyp. red. miał 4 lata), który chorował na zapalenie płuc przyniosłam kawałek chleba. Ale nie zjadł. Powiedział, że zostawi sobie na później. Schował chleb pod poduszkę. Ktoś jednak mu ukradł ten chleb – zdradza ze spuszczoną głową pani Helena.

W 1942 roku ojciec został zabrany do wojska. Po czasie trafili na Ukrainę, gdzie było im lepiej. Nie było już obowiązkowej pracy. Mieli co jeść. Czuli, że zbliża się koniec wojny. Mieli szczęście, bo przeżyli męczarnie. Wielu przecież się to nie udało. Po wojnie cali i zdrowi przyjechali do Krzepielowa pod Głogowem, gdzie się osiedlili. W 1947 roku pani Helena wyszła za mąż za Piotra. Dwa lata później na świat przyszła jej jedyna córka. Po 29 latach małżeństwa, czyli w 1976 roku pan Piotr zmarł. Od dziesięciu lat mieszka w Głogowie. Ma dwie wnuczki, czworo prawnuków i praprawnuka, który jest od niej o… 90 lat młodszy.
PM

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Dzieje się