Dzieje sięGłogów

Epidemia? Tam kolejki jak były, tak są. Nocna pomoc pęka w szwach1 min na czytanie

Epidemia? Tam kolejki jak były, tak są. Nocna pomoc pęka w szwach

Alina Gondek (46 l.) próbowała dostać się do lekarza rodzinnego. Najpierw, zgodnie z wytycznymi, dzwoniła. Ale telefon ciągle milczał i włączała się automatyczna sekretarka. – Nie ukrywam, że się zdenerwowałam, bo byłam przeziębiona, miałam wysoką temperaturę – opowiada nam.

Udała się więc osobiście do przychodni. – I tam zaczęły się cyrki. Nikt nie chciał mi otworzyć drzwi. Wszędzie obok chodzili ludzie – do sklepu, do banku – a w przychodnia jak bunkier. Pani przez drzwi powiedziała mi, że lekarz przyjmie, ale za kilka dni. Bez sensu. Zaraz okaże się, że więcej ludzi umierać będzie na zwykłe choroby niż na koronawirusa – relacjonuje, że wtedy poszła więc na pomoc nocną i świąteczną, bo już po prostu nie miała wyjścia.

Helena Kijanko-Link, kierownik pomocy, nie ukrywa, że mimo epidemii tam pacjentów wcale nie ubyło. Tygodniowo bywają ich setki, miesięcznie tysiące. Choć zasady nieco się zmieniły. – Nie wpuszczamy wszystkich do środka – zauważa.

I zwraca uwagę, że większość z tych osób zostało wcześniej odesłanych z kwitkiem od lekarzy rodzinnych. – Myślę, że wiele przychodni wykorzystuje epidemię. Zdarzało się u nas, że lekarze mieli podejrzenia co do zakażenia COVID 19 u pacjentów i później, po testach, okazywało się, że faktycznie są chorzy na tego wirusa. Ale mają też inne problemy – bóle brzucha i podobne. Niczego nie można lekceważyć. Dla przykładu była też mała dziewczynka, która od rana wymiotowała i mogła się odwodnić. Lekarz rodzinny nie przyjął. Od nas od razu skierowana została do szpitala – przytacza kierownik.

W przychodni trzeba pamiętać o zachowaniu podstawowych zasad epidemiologicznych.
RED

Podziel się informacją ...
  • 396
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Dzieje się