BIZNESStarówkaSerceGłogowa

Jestem kociarą i jestem z tego dumna8 min na czytanie

Jestem kociarą i jestem z tego dumna

Karolina Telwikas, kulturoznawczyni i kocia behawiorystka. Przez wiele lat związana z głogowską kulturą, była szefowa Gminnego Ośrodka Kultury w Kotli. Dziś właścicielka małej firmy, zatrudnia dwie osoby i prowadzi sklepy zoologiczne Gaja w Głogowie. W tym jeden na starówce. Z głogowianką rozmawia Łukasz Kaźmierczak.

Nie obrażasz się, jak ktoś cię nazywa kociarą?

Absolutnie. Sama tak o sobie mówię. Uwielbiam to określenie. To jest moje hasło: Jestem kociarą i jestem z tego dumna.

Rozumiem, że zamiłowanie do zwierząt wyniosłaś z domu? Na wsi?

Tak z domu, ale nie mieszkałam na wsi, tylko w kamienicy, w Poznaniu. Zwierzęta były w naszym domu odkąd pamiętam. Kiedy miałam cztery lata, dostałam pod choinkę papużki, później była jeszcze chomiczka, a kiedy miałam siedem lat, mama wykupiła z cyrku naszego pierwszego psa. Potem pozwalała nam ściągać do domu różne zwierzęta potrzebujące pomocy. Teraz i ja i moja siostra mamy to we krwi.

Twoja mama, znana w mieście artystka Kinga Domańska, to również miłośniczka zwierząt?

Mama pokazała nam, że trzeba szanować naturę, bo my jesteśmy jej częścią a ona częścią nas. Zwierzęta uczą nas wielu rzeczy. Mnie uczą cierpliwości, pokory i tego, że inny gatunek jest podobnie rozumny do nas. One mają swoje uczucia i nie możemy ich traktować jak narzędzia, pezedmioty. Zwierzęta myślą. To bardzo proste myślenie, jak uzyskać jakąś korzyść czy sukces. Ale czy my też tak nie myślimy?

I powiesz jeszcze, że życie ludzkie traktujesz na równi z życiem zwierzęcia?

Tak, tak uważam.

Budzi to mój sprzeciw.

Dlaczego? To jest żywe stworzenie. Oczywiście, że zaraz pojawiają się w naszej kulturze pewne dysonanse typu – bardziej nam szkoda kota czy psa, nad którym ktoś się znęca, niż krowy czy świni, którą zjadamy. Mamy straszny problem (i słusznie) z tym, że w Chinach mordowane są psy, a u nas mordowane są świnie czy krowy. Ja w pewnym momencie swojego życia przesłałam jeść mięso, żeby nie napędzać tego przemysłu. Bo przecież, kiedy zaczniemy sobie wyobrażać, jak czujące zwierzęta są uwięzione w tych hodowlach, to aż ciarki przechodzą. One myślą i czują. Dla mnie te hodowle przemysłowe są trochę tak jak obozy koncentracyjne.
Albo pies, który ma inteligencję dwuletniego dziecka i potrzebuje rodziny, uwięziony przez całe życie na łańcuchu. Spróbuj postawić się na jego miejscu.

Nie można tego porównywać.

Można. Ich skóra czuje, ich oczy patrzą, ich serca biją, ich płuca oddychają. Ich mózgi pracują. Na ich poziomie – na poziomie psa, kota, indyka, krowy, świni. Ich mózg pracuje tak, żeby żyć, żeby przeżyć.

Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że zrezygnowałaś z zajmowania się kulturą, bo wolisz pracę ze zwierzętami niż z ludźmi.

Praca w tak zwanej kulturze to była większość mojego życia zawodowego. Ale tak się życie poukładało, że zmieniłam wszystko. Na co miały też wpływ również moje domowe zwierzęta.

Jednak ma to związek.

Tak, bo musiałam przewartościować wiele rzeczy i tam już nie było miejsca na pracę w kulturze. Na pracę w piątek, świątek i niedzielę. Na pracę, która wymaga absolutnie pełnego poświęcenia. Dlatego zrezygnowałam i nagle poczułam, że weszłam na ścieżkę, na której powinnam być już dawno temu.

To nie jest takie łatwe – rezygnacja ze stabilizacji, nowe wyzwanie, własna firma. Wielu ludzi to przeraża, a już kulturoznawczynię powinno tym bardziej.

Straciłam pracę. Stałam się osobą bezrobotną. Potuptałam grzecznie do urzędu pracy, gdzie pani powiedziała mi, że zasiłek mi się nie należy. No i wtedy pojawiła się jedna myśl – w takim razie czas założyć firmę. Miałam już wtedy swoich klientów jako kocia behawiorystka. Dodatkowo robiłam już wtedy kurs dietetyka psów i kotów, bo jako świadomy opiekun po prostu chciałam o tym wiedzieć jak najwięcej. I jedno z moich zajęć, po zakończeniu pracy w kulturze, to była praca w sklepie zoologicznym, gdzie się okazało, że świetnie z klientami się rozumiem. Więc to wynikło bardzo naturalnie.

Strach przed własną działalnością gospodarczą wielu wręcz paraliżuje i nigdy się tego nie podejmują. A ty to zrobiłaś.

Strach był, ale jeśli ma się pomysł to trzeba spróbować. Czasem trzeba zejść z wygodnej ścieżki. Czasami nie wychodzi. Ja do dziś, po trzech latach, mam taką myśl – i jestem z nią pogodzona – że jeszcze może nie wyjść. Niektórzy mówią, że firmy nie przeżywają pięciu lat. Ja na razie przeżyłam trzy. Każdy z nas mikroprzedsiębiorców ma nieprzespane noce, myślenie o tym, czy wystarczy, czy się uda nazbierać… Ale takie jest życie.

I działasz dalej. Otworzyłaś drugi sklep zoologiczny w Głogowie. Działasz mimo strachu. On ciebie nie paraliżuje?

Czasami bardziej paraliżowały mnie relacje z moimi przełożonymi we wcześniejszych moich miejscach pracy. A teraz jestem szefową sama dla siebie i uczę się bycia szefową dla dwóch fajnych dziewczyn, które chcą ze mną pracować. To też jest dla mnie duża nauka, bo ja generalnie nigdy nie potrafiłam pracować w zespołach. Jestem trochę jak kot, taka Zosia Samosia. Najlepiej sama i wtedy będzie dobrze zrobione. Po mojemu.

Jaką jesteś szefową?

Staram się być taką szefową, jaką sama chciałabym mieć.

A idealny szef to jaki szef?

To człowiek, który pracował na bardzo różnych stanowiskach. To człowiek, który nie dostał tego szefowania na tacy, tylko wie, ile się trzeba napracować, żeby osiągnąć jakiś skutek. Moim zdaniem najlepsi szefowie to są tacy, który przechodzą wszystkie stopnie kariery i nie zapominają, jak to było wcześniej.

Szefowanie ośrodkowi kultury to nie było dla ciebie?

Szefowanie w ośrodku kultury to jest masakra! Dostajesz zespół wielkich indywidualności z absolutnym przekonaniem o swojej niezwykłości. I teraz masz, rządź takim zespołem i realizuj z nim cele, które stawia przed tobą twój przełożony. To jest niezwykle trudne.

Czyli czasami łatwiej jest ci się dogadać z kotem?

Mam sporo kocich pacjentów, ale to jest praca głównie z kocimi opiekunami, czyli jednak z ludźmi. Bardzo często konieczność konsultacji behawioralnej wynika z nierozumienia przez nich kociego języka.

Po co mamy go rozumieć? Ledwo potrafimy dogadać się między sobą. Po co zaprzątać sobie głowę jeszcze kocim językiem? Po co mamy rozumieć zwierzęta?

Bo je zbieramy do nas do domów. – Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś – taki cytat, który warto sobie powtarzać. Skoro chcemy mieszkać z psami, kotami, to okazuje się, że to nie są mali ludzie, tylko są to zwierzęta, które mają swoje zachowania gatunkowe inne niż nasze i one te swoje zachowania nam pokazują. W tym momencie zaczyna się problem, bo czasem kocie wołanie o pomoc to nie jest napisanie nam karteczki – „mamo, mam problem” – bo tak mogą zrobić dzieci. Kot robi siku w kącie pokoju i to jest jego wołanie o pomoc. A to jest domownik, za którego jesteśmy odpowiedzialni w stu procentach i musimy mu pomóc.

Czyli nawet kota można przekonać do czegoś. A ludzi czasami się nie da.

Bo nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Jesteśmy bardzo przekonani o swoich własnych racjach. Ja już nie bardzo chcę kogokolwiek przekonywać do czegokolwiek. Mogę wypowiadać moje zdanie na różne tematy i tyle. Oczywiście, że będę protestować w momencie, gdy ktoś będzie próbował ograniczać moją wolność jako obywatelki, wycinać drzewa, maltretować zwierzęta, bo moim zdaniem człowiek ma pod czaszką genialne urządzenie, które powinien używać dla czynienia dobra. Uważam, że każdy z nas ma nieprawdopodobne możliwości i powinien te możliwości wykorzystywać.

Kiedy każdy będzie hiperindywidualistą, będzie jeszcze gorzej.

Kiedyś dla mnie bardzo istotna była koncepcja anarchii, ale pod jednym warunkiem, że ludzie do tego dojrzeją, że będą na tyle dojrzali, by potrafić samodzielnie funkcjonować w społeczności. Bez struktur administracyjnych. Jest to idea, którą noszę w sobie i śmieję się z tego, że jestem wewnętrzną anarchistką.

Świat nie jest idealny. Myśliwi polują, marnujemy jedzenie, lipy na al. Wolności stoją nowe, stare wycięte…

Oczywiście, że nie jest idealny. Oczywiście, że kiedy idę ulicami Głogowa czasami jestem zawiedziona, ale jak to śpiewał Wojciech Młynarski – „róbmy swoje” – i ja robię swoje. Jestem wewnętrznie poukładana i nie będę nikogo do swoich idei przekonywać. Mogę dyskutować, mogę np. apelować „jedzmy mniej mięsa”, ale to wszystko. Zresztą kluczem zawsze pozostaje to, co wynosimy z domu. Ja wyniosłam uszanowanie przyrody i sztuki, i wiem, że my ludzie stworzyliśmy cywilizację, ale dobrze by było, gdyby pomiędzy naturą a cywilizacją była równowaga.

Dziękuję za rozmowę.

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w BIZNES