Extra

Łukasz Rodak: Oddałem swój szpik Niemcowi. Niesamowite uczucie3 min na czytanie

Łukasz Rodak: Oddałem swój szpik Niemcowi. Niesamowite uczucie

– To bardzo przyjemne uczucie, polecam każdemu. Ciężko opisać tę radość, jak człowiek sobie tak pomyśli, to ciarki przechodzą i łzy stają w oczach. Takie fajne, jak nic innego w życiu – Łukasz Rodak tak opowiada o swoich odczuciach i poleca innym, aby jak on próbowali kogoś uratować.

Ale gdy osiem lat temu został dawcą szpiku, nie przewidział, że właśnie na niego trafi, że znajdzie się jego genetyczny bliźniak chory na śmiertelną chorobę, bo naprawdę zdarza się to niezwykle rzadko. – W telewizji był spot o fundacji DKMS. Zachęcał, aby zostać dawcą. Zadzwoniłem tam. Przysłali mi pakiet rejestracyjny i dwie pałeczki do pobrania wymazu z gardła – opowiada, że zrobił co było trzeba i nie myślał co dalej, zapomniał. Aż trzy lata temu ktoś zadzwonił z tej fundacji i zapytał go, czy nadal jest chętny do oddania szpiku. – Potwierdziłem, ale przez rok znów nikt się nie odezwał. Aż do wiosny tego roku – wspomina. W kolejnym telefonie zawiadomili go, że jest jego bliźniak genetyczny, który potrzebuje jego szpiku, bo jest śmiertelnie chory.

Trzeba było pojechać do Warszawy, do kliniki na badania. Okazało się, że szpik się nadaje do przeszczepu. Po kilku tygodniach wezwali go, aby oddał swoje komórki. – Przygotowania były, lecz to nic skomplikowanego. Na pięć dni przed pobraniem musiałem brać zastrzyki w brzuch. Poza tym dobrze się odżywiać, potrzeba było dużo potasu – litrami piłem soki pomidorowe, a kilogramami jadłem banany – opowiada. Pojechali do Warszawy z żoną, która już wtedy także, jak on, była zgłoszonym w bazie dawcą szpiku. – To nic nie kosztuje. Zwracają za podróż, fundują hotel, a nawet wyżywienie – opowiadają, jak pojechali na przeszczep. Sam zabieg nie był także bolesny, bo pobierano krew z ręki. Tyle że dwa razy i niemało, bo biorca potrzebował dużo szpiku. – Wiem tylko, że to prawdopodobnie duży mężczyzna, ma 50 lat i mieszka w Niemczech – śmieje się pan Łukasz.

– Dziś wiem, że mój szpik poszedł do Niemiec, a przeszczep prawdopodobnie się udał – opowiada. „Mój drogi dawco, nie wyobrażasz sobie, jak bardzo uszczęśliwiła mnie twoja wiadomość i twój dar” – po jakimś czasie dostał taki list od swego genetycznego brata, nie bezpośrednio, ale przez fundację. Ten człowiek napisał, że jak na razie szpik się przyjmuje, a za dwa lata być może będą mogli się poznać. „Mam nadzieję, że moje komórki szaleją w twoim organizmie i już się dobrze zadomowiły. Chciałbym, aby moje marzenia i modlitwy o twoje zdrowie się spełniły” – odpisał mu Łukasz Rodak tą samą drogą. „Abyś nadal mógł się cieszyć swym wspaniałym życiem”. Zapewnił go także, że zawsze, gdy będzie trzeba, to będzie do jego dyspozycji. – Będziemy walczyć – napisał mu. Sam żyje dziś ze świadomością, że kawałek jego ciała żyje w ciele innego człowieka. – Dostał moje geny – śmieje się.

Dużo wcześniej, jeszcze zanim dostał wiadomość, że zostanie dawcą, miał sen. Żona potwierdza, że pewnej nocy się obudził i powiedział, że mu się śniło, jak jedzie do Niemiec, do Monachium. Dwa dni później był właśnie ten telefon od fundacji. – Ale by było dziwnie, gdyby się okazało, że mój biorca jest właśnie z Monachium – zastanawia się, czy taki zbieg okoliczności, takie przeczucie, jest możliwe. Za dwa lata, jeśli tamten człowiek przeżyje, podejmą decyzję, czy zechcą się poznać, czy nie. – Od fundacji dostałem statuetkę anioła. Z tego nie ma żadnej kasy, to jest pomoc bezinteresowna – podkreśla. I gdyby trzeba było, pomógłby tak komuś drugi raz.
RED

Podziel się informacją ...
  • 316
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Extra