Extra

To był rejs życia Katarzyny Staniak: Pogorią po Morzu Śródziemnym4 min na czytanie

To był rejs życia Katarzyny Staniak: Pogorią po Morzu Śródziemnym

Przeżyła sztorm 11 w skali Beauforta, miała chorobę morską i weszła na najwyższą reję, chociaż się bardzo bała. Ale… – Bój się i rób – to hasło głogowianki Katarzyny Staniak (43 l.), która się wybrała w rejs statkiem Pogoria po Morzu Śródziemnym. 

Dziś jest z siebie niezwykle dumna, ale nie wie, czy jeszcze kiedyś powtórzy to doświadczenie… – Może wybiorę jednak coś innego, jakieś inne wyzwanie – śmieje się Katarzyna Staniak, która w ten sposób realizuje swoją życiową filozofię przełamywania własnych barier. – Właśnie dlatego, gdy zobaczyłam ogłoszenie o organizowanym z Głogowa rejsie, to był impuls. Coś niewyobrażalnego, dotychczas poza moim zasięgiem. Dlatego postanowiłam się zgłosić – opowiada. 

Wcześniej nigdy czegoś takiego nie doświadczyła, więcej nawet – nie wyobrażała sobie, że będzie do czegoś takiego zdolna. Kiedyś organizowała szkolenie o przekraczaniu własnych granic, przełamywaniu lęków. Postanowiła teorię wypróbować na sobie. – Pomyślałam, że co mi szkodzi, przecież to tylko kilka dni na statku. Więc zgłosiłam się, wpłaciłam pieniądze i nie było odwrotu – mówi.

– To nie było moje życiowe marzenie, w takim sensie, że zdawałam sobie sprawę, iż to nie będzie dla mnie przyjemne – opowiada. Rejs szkoleniowy dla grupy głogowian rozpoczął się 29 lutego. Statek czekał na grupę w Nicei. – Już samo wejście na statek spowodowało u mnie dyskomfort. Dla człowieka nienawykłego do takiego stanu, to było niesamowite, że cały czas wszystko się rusza – wspomina, że jak pomyślała, że tak będzie przez tydzień, nie było jej miło. Na początku razem z innymi przeszła szkolenie, podzielono ich na cztery wachty. – Dowiedzieliśmy się, że trzeba się mocno trzymać lin, szczególnie w nocy, bo jak ktoś wypadnie, to już po nim. To działało na wyobraźnię – mówi. Trzeba było główkować, jak wykonać powierzone zadanie, a nie wypaść za burtę.

– Ktoś z takim lękiem jak ja naprawdę bardzo to przeżywa – zapewnia. Tym bardziej, że dostała nocną wachtę. – Nic nie było widać. Bałam się podwójnie – opowiada o tych czterech godzinach nocnego dyżuru. Jednak nie było czasu się bać, bo już na początku podróży rozpętał się sztorm 10 – 11 w skali Beauforta. – A ja na pokładzie – wspomina. Wszyscy przemoczeni. Buty, spodnie, kurtka – wszystko mokre. Na szczęście mogła wejść pod pokład, ale od razu dopadła ją choroba morska. – 8 godzin chorowałam, miałam wszystkie objawy. Nie byłam w stanie ruszyć ręką ani nogą – wspomina tamte trudne chwile. – Wtedy jedyny raz sobie pomyślałam: Po co mi to było? Nigdy więcej! – No ale to był tylko taki jeden dzień – śmieje się dzisiaj, gdy to wspomina. 

Innym razem była wachta pod pokładem, 10 – godzinna. Przygotowywanie posiłków, sprzątanie statku, w tym toalet. – Ale przynajmniej czułam się bezpieczniej – wspomina. Najgorzej było, jak wchodzili do portu, lecz nie można było blisko podpłynąć. – Przewożono nas jednym pontonem na zmianę, po 6 osób. Ponton skakał przez fale, a bliskość morza była przerażająca – mówi. Potem trzeba było jeszcze z pontonu zejść, a w drodze powrotnej wejść na statek po chybotliwej sznurkowej drabinie. – Coś strasznego – krótko wspomina. Jednak to przeżyła. Najbardziej jest dumna z tego, że weszła na reję. – Postanowiłam sobie, że się przemogę, bo przecież nie przyjechałam tu leżeć,  i wejdę do pierwszego gniazda, czyli do połowy. Zrobiłam tak jednego dnia, a drugiego postanowiłam powtórzyć. Gdy już tam byłam, z góry schodził chłopak, który zapytał mnie, czy dalej idę, a ja mu powiedziałam, że nie. Odpowiedział: Tam jest świetnie. Więc poszłam – wspomina. 

Wracała z rejsu z ulgą, że to już koniec, no i że dała radę, że się przemogła. Po przyjeździe do Głogowa poczuła się niesamowicie, jakby ktoś jej wstrzyknął duży zastrzyk energii. – Zyskałam większa pewność siebie, świadomość, że jestem zdolna do czegoś, czego wcześniej się bałam. Wszystko tkwi w naszej głowie, a wszelkie bariery są przez nas wymyślone – uważa, że to był wspaniały czas, czas rozwoju i odmiany. – Byłam tam całkiem sama, w sensie bez znajomych, miałam czas na przemyślenia co ja tu robię i co z tego wyniosę. Powiem dziś jedno: polecam taką wycieczkę wszystkim kobietom. 
RED

Podziel się informacją ...
  • 32
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Extra