Extra

Tradycja i hipokryzja. Karp w odsłonie niewigilijnej czyli…3 min na czytanie

Tradycja i hipokryzja. Karp w odsłonie niewigilijnej czyli...

Nie każdy wie, że karp jest rybą rzeczną i pochodzi z rozlewiska Dunaju, skąd trafił do Europy Zachodniej wraz z oddziałami rzymskich legionistów. Rybę tę jadano już na dworze cesarza Rzymu, a do nas przywędrowała razem z Cystersami i była w okresie postów, a pościło się wówczas znacznie częściej i dłużej niż obecnie, zbawieniem dla brzuchów naszych bardzo religijnych wówczas przodków. Pod koniec XIX wieku karp stał się przysmakiem polskiej szlachty, a dopiero od ok. 70 lat jest dla nas kulinarnym synonimem Wigilii Bożego Narodzenia.

Cała polska hodowla to kropla w morzu na europejskim i światowym rynku rybnym, a i tak atmosfera wokół niej jest mało przychylna. Swój udział w zniechęcaniu nas do tej ryby mają potentaci na rynku przetwórstwa rybnego i działacze organizacji proekologicznych i prozwierzęcych, którzy przekonują nas, że karp jest zakładnikiem sztucznej tradycji i żyje tylko po to, by umrzeć dla naszej kulinarnej przyjemności. – Rocznie w Polsce odławia się tylko 20 tys. ton, a karp jest jest u nas tak naprawdę przykładem ekologicznej sztuki rolniczej między innymi dlatego, że nie jest to wyselekcjonowana hodowla. Polskie karpie hoduje się często w towarzystwie innych ryb w warunkach maksymalnie zbliżonych do naturalnych oraz z zachowaniem naturalnego cyklu życia i rozwoju – mówi nasz lokalny hodowca.

– Zdania są podzielone. Na terenach dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, w tym także w Wielkopolsce, smakosze preferują rybę większą. Nawet taką o wadze 2 do 2,5 kg. Twierdzą przy tym, że jest najsmaczniejsza. Tymczasem na ziemiach odzyskanych najbardziej poszukiwane są sztuki, których waga waha się w granicach 1,2 do 1,3 kg, a więc o połowę mniejsze – opowiada. – Warto pamiętać, że akurat w przypadku karpia większy, wcale nie znaczy tłusty! Kondycja ryby zależy przede wszystkim od rodzaju paszy i sposobu karmienia – wyjaśnia, że niezależnie od wagi najważniejsze jest, by ryba była świeża i by wbrew „tradycji”, nie trzymać jej w chlorowanej wodzie w wannie. – Po pierwsze dlatego, że woda w wannie jest właśnie chlorowana i do tego nienapowietrzona, więc ryba się męczy, a po drugie… Chlor szybko osadza się na skórze i wnika w mięso. Nie można się go potem w żaden sposób pozbyć – podkreśla.

Transport i sprzedaż żywych ryb od lat wzbudza ogromne kontrowersje. – Wbrew obiegowej opinii o dręczeniu karpi, oczywiście jeżeli zachowywane są wytyczne Głównego Inspektoratu Weterynarii, ryby te dobrze znoszą zarówno transport jak i pobyt w basenie – zapewnia. – Ten świat jest niestety tak urządzony, że aby żyć trzeba jeść, a żeby jeść, trzeba zabijać. Ważne, by działo się to w sposób humanitarny, nie powodujący zbędnego cierpienia zwierzęcia, dla którego znacznie gorsza od transportu w basenie do punktu handlowego jest droga ze sklepu do domu. Przepisy to wprawdzie w jakimś niewielkim stopniu regulują, ale ich wyegzekwowanie jest nierealne – zaznacza, dlatego gdy cierpienie ryby wrzuconej byle jak do reklamówki zsumować z niewskazanym przetrzymywaniem w wannie, lepiej od razu poprosić o wprawne uśmiercenie karpia w sklepie. Sprzedawcy podkreślają, że jest to wyjątkowo nieprzyjemne i stresujące także dla nich, niemniej nie bez powodu przepisy wyraźnie określają dopuszczalne metody oraz wymagają, by robił to pracownik z wykształceniem co najmniej zawodowym lub trzyletnim doświadczeniem w hodowli ryb i to za parawanem.

Byliśmy na miejskim targowisku na osiedlu Kopernik. Można tam kupić świeżego karpia. Cena około 15 zł. – Jak przed rokiem! – zapewniają. Taniej w markecie, ale jakiego pochodzenia?
RED

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Extra