Styl życia

Trzypokoleniowa rodzinna firma kominiarska „Miotełka” ma już ponad pół wieku!3 min na czytanie

Trzypokoleniowa rodzinna firma kominiarska „Miotełka” ma już ponad pół wieku! 1

Kiedy ich widzimy, łapiemy się za guzik, co wynika z tradycji, która mówi, że kiedyś gospodynie na wsi łapały kominiarza za jego guzik, by najpierw wymiótł ich komin, dopóki był jeszcze czysty i jego ubranie nie brudziło domostwa. – Tak, jest to miłe – Krzysztof Sobecki przyznaje, że widok kominiarza to nadal nadzieja, że spotka nas coś dobrego. Ale jak mówi Monika Przybysz, kobieta w tej roli niekoniecznie wszystkim się podoba. – Zdarzyło się, że usłyszałam – baba kominiarz? – uśmiecha się na wspomnienie zdziwienia pewnego mężczyzny.

Założycielem zakładu był Leon Sobecki, który w roku 1957 po pobranych naukach u mistrza kominiarstwa Stefana Grafa, rozpoczął działalność w Głogowie. Przez lata, po śmierci męża, firmę prowadziła żona Anna Sobecka. Był rok 1974 i to już wtedy, zaledwie 15-letni pan Krzysztof, rozpoczął naukę tego fachu, by w roku 1997 założyć własną działalność. – Tata miał dylemat, kiedy i ja stwierdziłam, że będę się tym zajmowała – Monika Przybysz ukończyła studia na kierunku planowania przestrzennego, ale że nie mogła znaleźć pracy w zawodzie, stwierdziła – dlaczego nie robić tego, co dziadek i ojciec. Na początek miała tylko spróbować, jednak po trzech latach zdała egzamin na czeladnika w zawodzie kominiarz i wszystko wskazuje na to, że już w nim zostanie. – To jest taka praca, w której non stop trzeba się dokształcać – Sobeccy tłumaczą, że zmieniają się materiały budowlane, systemy i technologie grzewcze oraz kotły, czyli piece. W biurze, skąd każdego ranka w teren wyruszają do pracy, kończy się właśnie podpisywanie protokołów. – Bierzemy odpowiedzialność, wszystko musi być perfekt, od naszej opinii zależy, czy ktoś będzie bezpieczny czy nie – pan Krzysztof przyznaje, że kiedy usłyszy wiadomość o podtruciu czadem – od razu się zastanawia, czy do zdarzenia doszło w jego rejonie. – Nie da się nie myśleć, czy dobrze wszystko zrobiłem, włącza się niepokój, choć wiem, że robimy wszystko jak trzeba – nawet z wieloletnim doświadczeniem, nie ma chyba kominiarza, który bagatelizowałby swoje obowiązki.

Tata jest dumny z córki i ocenia, że ma talent w tej branży. – Cieszę się, że choć miał to być okres przejściowy, to jednak została ze mną – Krzysztof Sobecki pracuje również z Andrzejem Pytlem. – Tak jakoś wyszło – uśmiecha się kominiarz z dwudziestoletnim stażem pracy. Czy młodzi garną się do tego zajęcia? Niekoniecznie i pewnie nie tylko dlatego, że praca jest wyjątkowo brudna, latem w spiekocie, zimą na mrozie. Owszem, zgłasza się czasami kilka osób, ale szybko rezygnują. Na pewno nie jest to robota dla ludzi, którzy mają problem z lękiem wysokości, czy zaburzeniami równowagi. Rodzina Sobeckich przyznaje – bywa niebezpiecznie. Wejście na dach, dotarcie na tzw. ławę kominową, wymaga ostrożności. – Najpierw sprawdzamy, czy wszystko jest stabilne, zimą jaki jest stan oblodzenia, a także czy nie zaskoczy nas inna sytuacja jak ostatnio okienko, które – gdybym w porę się nie zorientowała – skaleczyłoby mi rękę – Monika Przybysz, mama dwójki dzieci, wie, że w tej pracy trzeba być rozważnym i nie spieszyć się. Głogowska „Miotełka” na brak zleceń nie narzeka, pracują głównie na terenie powiatu głogowskiego oraz sąsiednich gmin. Teraz na początku sezonu grzewczego mają szczególnie dużo roboty. – Najważniejsze, żeby ludzie byli bezpieczni i to jest, dla nas kominiarzy, największe szczęście, którego wszystkim życzymy w Nowym Roku – Krzysztof Sobecki nie ma już czasu na rozmowę, kominy czekają.
RED

Podziel się informacją ...
  • 170
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Styl życia