Extra

Wigilia kiedyś? Czasy były trudne. Wspomnienia przetrwały do dziś2 min na czytanie

Wigilia kiedyś? Czasy były trudne. Wspomnienia przetrwały do dziś

Świąteczne tradycje, które przetrwały do dziś, sięgają ubiegłego wieku. Kiedy nie było telewizji, szału zakupów czy wigilijnych wyprzedaży. Właśnie te czasy doskonale pamiętają głogowianki z klubu seniora “Dom nad strumykiem”. Jak wyglądała więc Wigilia?

To był prawdziwy rytuał. Zapachy wigilijnych potraw dało się wyczuć na kilka godzin przed tym najważniejszym wydarzeniem. Choinkę ubierało się tuż przed pierwszą gwiazdką. I kolędowano. Śpiewano stare, piękne pieśni. – Na stole znajdowało się zawsze dwanaście potraw – przypomina sobie Józefa Smulczyk dodając, że jak zapadł zmrok ojciec wchodził do pokoju z siankiem, które wkładało się pod obrus. – Przed posiłkiem wszyscy się modliliśmy. Później tata zaczynał dzielić opłatek. Zawsze zaczynał od najstarszej osoby – wspomina. Wtedy składali sobie życzenia. A życzyło się przede wszystkim zdrowia i szczęścia. I tego, aby za rok znów wszyscy wspólnie mogli spotkać się przy tym stole. Nie ukrywa, że to było wielkie duchowe przeżycie. U Ireny Wasilewskiej najważniejszą potrawą był karp. – Wigilia bez karpia? O mały włos taka by nam się zdarzyła. To były ciężkie czasy. W sklepach nie było tyle rzeczy jak jest teraz. Byłam dzieckiem. Już myślałam, że tacie nie uda się zdobyć ryby. Dotarł na Wigilię w ostatnim momencie… z karpiem. Chyba na godzinę przed kolacją. Ale to była radość – na myśl o tej sytuacji uśmiech nie znika z jej twarzy. Obowiązkowe były kluski z makiem, kutia i zupa rybna. Oczywiście też kompot z suszonych owoców.

Opowiadają, że po choinkę jechało się w Wigilię i tego samego dnia ozdabiało. Nic dziwnego, że najmłodszym domownikom sprawiało to wielką radość. Józefa Smulczyk zwraca uwagę, że w święta szło się z kolędą do rodziny, sąsiadów i znajomych. Wszystkich po kolei odwiedzało. Obowiązkowa była pasterka. – A to były siarczyste zimy. Niskie temperatury, śniegu po kolana. Czasami trzeba było iść do kościoła nawet dwa kilometry. Nikt nie marudził, nie narzekał. Śpiewaliśmy wspólnie kolędy ciesząc się swoją obecnością – Eugenii Puchalskiej kręci się jej łza w oku, bo to były wzruszające momenty. A co z prezentami? Była taka tradycja, że wszystkie dzieci gromadziły się w ogrodzie. Wpatrując się w niebo szukali pierwszej gwiazdki. – I nagle tata krzyczał: Mikołaj jest już u sąsiada! W końcu wszyscy biegliśmy pod choinkę, by rozpakowywać paczki. Zastanawiając się, dlaczego znów nie udało nam się spotkać świętego – przyznaje pani Irena. To wszystko tworzyło właśnie taką magię świąt. Dlatego zależy im na tym, by tradycje przekazywać z pokolenia na pokolenie. Dzięki temu przetrwają.
RED

Zobacz inne

Więcej w Extra