Extra

Zmarli muszą czekać w kolejce. Zakładom pogrzebowym brakuje miejsc w chłodniach3 min na czytanie

Kaplice cmentarne zostają zamknięte. Uroczystości pogrzebowe przy grobie tylko w obecności najbliższych

Informacje o zgonach osób chorych na covid, a także tych, którzy zmarli z powodu powikłań zakażenia wirusem to nie tylko liczby – to dramaty rodzin, które muszą pochować bliskich, a nie jest to dziś tak proste jak było jeszcze kilka miesięcy temu. – Pracuję w tej branży blisko trzydzieści lat i czegoś takiego nie widziałem – Jerzy Jarosz, współwłaściciel Krematorium Polska przy ul. Świerkowej nie ma wątpliwości, że zgonów w porównaniu do roku ubiegłego jest o co najmniej o 50 proc. więcej. – Nie ma godziny, żeby nie było telefonu z prośbą o szybką kremację, dzwonią zakłady pogrzebowe niemal z całego kraju, brakuje już im miejsc w chłodniach, jest naprawdę źle – ocenia Jerzy Jarosz i wspomina, że kilka dni temu przedstawiciele Polskiej Izby Branży Pogrzebowej wzięli udział w spotkaniu z wicepremierem Jarosławem Gowinem. Rozmowy dotyczyły m.in. obecnej sytuacji związanej z pandemią.

Wprawdzie nie ma przepisów, które nakazywałyby obowiązkowe spopielanie ciał zmarłych zakażonych koronawirusem, ale jak pokazują statystki kremowanie w takich sytuacjach staje się normą. Jak tłumaczy Jerzy Jarosz – to dobra praktyka, gdyż w obecnym czasie zdecydowanie skraca czas oczekiwania na pochówek i co ważne – dla żyjących jest po prostu bezpieczniejsza. Według zaleceń sanitarnych ciało zakażone Covid 19 powinno być transportowane i przechowywane w warunkach szczególnej ostrożności. Jak jest w praktyce? Bardzo różnie. – Zgłosiliśmy zgon naszej krewnej i podaliśmy informację, że była zakażona. Przyjechali panowie z zakładu pogrzebowego, ale nie mieli kombinezonów, tylko zwykłe zielone fartuchy, które raczej przed niczym nie chronią – mieszkanka podgłogowskiej wsi zwraca uwagę także na inną niezrozumiałą dla niej sytuację – rodzina nie wiedziała, co zrobić z rzeczami, z którymi zmarła miała kontakt. Ostatecznie zostały spalone w przydomowej kotłowni, co w mieście, w bloku nie jest przecież możliwe. I najprawdopodobniej wszystko to, z czym osoba zmarła miała styczność ląduje w kontenerach na śmieci.

Według procedur – dziś pochówek tzw. covidów wygląda tak – ciało umieszczane jest w specjalnym worku na zwłoki, następnie jest spryskiwane środkiem odkażającym i zakładany jest drugi worek, po czym ciało układane jest w trumnie, a ta zamykana i już nieotwierana do czasu pochówku. Zdarza się jednak, że rodzina nie wyobraża sobie, aby zmarłego nie umyć i nie ubrać – tak jak to było dotychczas w polskiej tradycji. – Najlepszym rozwiązaniem jest balsamowanie, co zapewnia bezpieczne przechowywanie ciała nawet przez dwa tygodnie, ale to wciąż rzadka u nas zlecana usługa – zauważa Jerzy Jarosz i dodaje, że choć zgonów jest bardzo dużo – nie można śmierci traktować hurtowo. – Bez względu na warunki, w jakich przyszło nam teraz pracować, musimy zachować powagę, nie można iść w ilość, trzeba z pełnym szacunkiem wykonać tę ostatnią posługę – podkreśla też, że dziś pogrzeby są zdecydowanie skromniejsze – rzadko na uroczystość żałobną zjeżdża się rodzina z odległych miejscowości. W pogrzebach uczestniczy po kilkanaście, góra kilkadziesiąt osób. Jerzy Jarosz przypomina również – że czas pogrzebów – na już, natychmiast – się skończył i apeluje, aby w obecnej sytuacji rodziny zmarłych podchodziły do tego ze zrozumieniem. – Mam świadomość, że to trudne, ale musimy wykazywać się z pokorą. Niestety, kolejki do pochówków będą się wydłużały, ale taką mamy rzeczywistość, pewnych spraw nie da się przyspieszyć, zwłaszcza jeśli chcemy do końca zachować godność – prosi Jerzy Jarosz.
RED

Podziel się informacją ...
  • 161
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Extra