Żyje po drugim przeszczepie serca. Jeździ rowerem, pływa kajakiem i spaceruje

Żyje po drugim przeszczepie serca. Jeździ rowerem, pływa kajakiem i spaceruje

Walczył o zdrowie i życie kilkukrotnie. Zawsze wspierała go żona, która czekała pod salą operacyjną na dobre wieści. Roman Błażejczak wzrusza się, gdy to wspomina. Na początku lata minęły dwa lata od chwili, gdy w jego piersi zabiło trzecie serce.

Pierwszy przeszczep miał w wieku 28 lat, drugi 27 lat później. – Ludzie często życzą mi zdrowia, a ja powtarzam, że powinni życzyć szczęścia. Mam bardzo rzadką grupę krwi, którą ma tylko cztery procent populacji. Aby znaleźć odpowiedniego dawcę trzeba mieć szczęście, a aby znaleźć go dwa razy, pokłady szczęścia muszą być ogromne – mówi pan Roman. Pierwszy przeszczep serca przeprowadził Marian Zembala, współpracownik Zbigniewa Religii. Po raz drugi Błażejczaka operował Michał Zembala, syn znanego kardiochirurga. – Wcześniej w Polsce podejmowano trzy próby retransplantacji, czyli ponownego przeszczepu serca. Żadna się nie udała – wspomina mężczyzna.

Certus 1

Dziś prowadzi w miarę normalne życie. Bierze udział w spływach kajakowych, jeździ rowerem, spaceruje. Jego problemy ze zdrowiem zaczęły się prawie 30 lat temu od niedoleczonej grypy. – Miałem swoją firmę i liczne obowiązki. Nie miałem czasu na odpoczynek – opowiada. Z tygodnia na tydzień czuł się co raz bardziej zmęczony i osłabiony. Później pojawiły się bóle brzucha. Doskwierały tak bardzo, że mógł spać tylko na siedząco. Początkowo lekarze nie łączyli tych problemów z sercem. Od pierwszych objawów do diagnozy minęło około osiem miesięcy. – To był początek lat dziewięćdziesiątych, zaledwie siedem lat po pierwszym przeszczepie przeprowadzonym przez doktora Religę. Jeszcze nie wielu lekarzy myślało o takiej metodzie leczenia – wspomina Błażejczak. Kilka miesięcy spędził w szpitalu w Poznaniu, gdzie był leczony farmakologicznie. – Miałem już zaplanowany ślub, wszystko było zamówione, goście zaproszeni, ale lekarze nie zgodzili się, żebym opuścił szpital – wspomina. Wesele trzeba było przełożyć. Gdy leczenie przyniosło poprawę powiedzieli sobie z żoną sakramentalne „tak”. Później jednak było gorzej i trafił do kliniki w Zabrzu.

Poznał tam profesora Zbigniewa Religę. – Przyjazny i opiekuńczy człowiek, nigdy nie przeszedł obojętnie. Zaszczepił to też swoim współpracownikom. W filmie „Bogowie” widać, jak trudne były początki pracy nad przeszczepem serca w Polsce. Na świecie już to robili, a u nas kilku pacjentów zmarło. Odbiło się to na zdrowiu profesora Religii, ale próbował dalej – mówi Błażejczak.

Wspomina, że przed pierwszym przeszczepem jego stan był już bardzo zły. – Byłem wysportowany, a tu nagle nie mogłem wejść na pierwsze piętro, pójść na spacer, a potem już nie wstawałem z łóżka – wspomina mieszkaniec Rakoniewic. Było z nim już naprawdę źle. – Lekarz powiedział żonie, że jeśli w ciągu tygodnia nie znajdzie się dawca to umrę – mówi Błażejczak. Wtedy przyszło pierwsze szczęście. Serce znalazło się w Szczecinie, a pacjent był w Zabrzu. Tymczasem od pobrania od dawcy do wszczepienia powinny minąć maksymalnie cztery godziny. Nie da się ukryć, że znowu dopisało szczęście. Odrzutowcem wojskowym z Warszawy do Gdańska latał wtedy prezydent Lech Wałęsa.

Biuro zgodziło się użyczyć wojskowy samolot i serce przyleciało na czas do Zabrza. Służyło panu Romanowi do 2014 roku, kiedy dostał zawału. Przeszczepione serce jest ukrwione, ale nie jest unerwione, dlatego mężczyzna nie czuł bólu. Znowu jednak był co raz słabszy, a wyniki badań kontrolnych były alarmujące. Kolejne tygodnie i miesiące spędził w szpitalu w Zabrzu. Było już tak źle, że lekarze planowali podłączyć go do specjalnego urządzenia wspomagającego nerki. Kiedy źle działa serce, krew nie dociera do wszystkich organów w odpowiedniej ilości i pomału też zaczynają szwankować. – W dniu moich imienin przyszedł lekarz i powiedział, że jest serce – wspomina pan Roman. Znowu miał szczęście.

To była pierwsza udana retransplantacja w Polsce. Do sił człowiek wraca szybko, jakby ktoś doładował baterie. – Trudno to opisać słowami ludziom, którzy tego nie przeszli – mówi Błażejczak. Pierwsze serce pochodziło od mężczyzny zaledwie dwa lata młodszego od mieszkańca Rakoniewic, ze Szczecina. Człowiek miał guza mózgu, przeprowadzono operację, ale się nie udała. Drugie było od mężczyzny z Warszawy.
JP

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •