Żyła złomu. Dla pół tysiąca osób, to jedyne wyjście, żeby nie umrzeć z głodu

Żyła złomu. Dla pół tysiąca osób, to jedyne wyjście, żeby nie umrzeć z głodu
1

Muszą wstać wcześnie rano. Jedni robią to uczciwie, inni kradną, gdzie się da, nawet na… złomowisku. Każdy kawałek jest na wagę złota, nawet jeśli to aluminiowa puszka. Przez zorane ręce, brudne jak święta ziemia, przechodzą tony życiodajnego surowca. Wtórnego, ale pozwalającego przeżyć kolejny dzień. To chleb, a dla wielu również i alkohol, bez którego czasami nie da się żyć.

Tu nie ma miejsca na elegancję. – Gdzie się kur… pchasz szmaciarzu jeden – Władek bez pardonu dyscyplinuje nowicjusza w branży. – Szlag mnie trafia, kiedy widzę takie dziadostwo, rozumie pani, dziadostwo. Ledwo przyszedł i już się wpier… Ma szczęście, że dziś niestabilny jestem. Wczoraj u Cześka na bunkrze była imprezka, ledwo oczy otworzyłem, tak se w czub dałem – Władek ma pięćdziesiąt lat. Wygląda na dużo więcej, siły w nim faktycznie niewiele, nie tylko przez kaca. – Kilka wypadków miałem. Różnych. Schorowany od dziecka jestem, astmę mam, guzy na wątrobie i nogę krótszą. Z rusztowania na budowie spadłem. Do roboty kaleki nie chcieli, trzeba było zorganizować sobie „firmę” – filozofia Władka jest prosta. – Trza się śmiać, smutni wcześniej umierają – ostrzega. Dziś to jego już druga wizyta w skupie. W końcu odpocznie. Jak? Normalnie. – Piwko, kochana pani, piwko i na wyrko – zdradza popołudniowe plany. W punktach skupu surowców wtórnych, a jest ich kilka w mieście, klienci i ich życiorysy są doskonale znane. Przychodzą tu od lat.

– Dla wielu to sposób na życie – mówi Paulina Juras, współwłaścicielka trzech skupów. To miejsce, gdzie ktoś z nimi porozmawia, posłucha, doradzi. Mogą się wyżalić, albo jak Władek pośmiać. To on wymyślił, że te pięćset miejsc pracy zapowiadane przez prezydenta Rokaszewicza to właśnie oni. – Bo tylu mniej więcej nas jest w mieście – mężczyzna wie co mówi, zna niemal wszystkich, tych obcych też. – Cały powiat tu się szwenda – nie ukrywa pogardy dla obcych, szczególnie tych ze wsi. – Za robotę w polu by się wzięli – pomstuje. Kolega Władka upycha aluminiowe druty, ma też miedziane, musi je jednak najpierw opalić. – Już nie pier…., filozof się znalazł, do roboty się weź, Kazik czeka na przepompowni – mężczyzna chudy jak patyk, z pokaźnym limem pod okiem i czerwonym nosem ponagla kumpla. Mają wspólny wózek, cenne narzędzie pracy. – Dalej gościu, dalej, bo skarby nam skroją… – przekomarzają się decydując, który ma pchać „taksówkę”. Obaj znali Zenka. Był jednym z najstarszych w tym biznesie. Miał 70 lat. Porządny z niego był chłop. W skupach też go dobrze wspominają. Zmarł na Boże Narodzenie. Nie miał już sił, zabrali go do schroniska do Żukowic. Nie nabył się tam długo, zmarł w tym samym dniu. Na jego miejscu od razu pojawiło się kilku nowych. Złom to pewny kawałek chleba.

Stasiek ma 65 lat. Od września będzie miał emeryturę. Złomu jednak nie przestanie zbierać, choć są chwile, kiedy ma dosyć tej roboty. – Dziś słabiutko – macha ręką zrzucając ciężką wannę na wagę. Pilnował jej jak oka w głowie. – Chętnych na nią było wielu, ale nie mieli wózka. Ja mam. Musiałem się spieszyć, no i jest – mówi z satysfakcją. Dokłada kilka klamotów, dużo tego nie ma. Jest za to 22 zł. W wózku zostaje słoik ze śledziami, to też łup ze śmietnika. Stasiek nie wstydzi się tej roboty. – Po państwowe ręki nie wyciągnę. Nie będę się prosił. Jak opieka ma mi dać pięćdziesiąt złotych, to wolę sam zarobić, bez łaski… – Stasiek honorowy jest, choć życie go doświadczyło, niejedno upokorzenie i wstyd musiał przeżyć. Tak jak wtedy, gdy żona mieszkanie zamieniła bez jego wiedzy. – Na Piastowie mieszkaliśmy, tak ładnie tam było, no ale na Krochmalnej wylądowaliśmy. Nie jest źle – mężczyzna nie lubi narzekać, ale zapomnieć nie może, że żona pieniądze za zamianę mieszkania wzięła i nie wiadomo co się z nimi stało. 45- letni syn też mógłby się za robotę wziąć. Chodzi więc Stasiek na te polowania i tak mu dzień za dniem schodzi. A jak już dostanie tę emeryturę to przestanie „nurkować”? – W życiu – zarzeka się i tłumaczy, że lubi to robić. – Emeryturę będę odkładał – zapowiada solennie. Chwyta wózek i odjeżdża. Dziennie robi po kilkanaście kilometrów. Wie, gdzie i kiedy będzie „wysyp”. Nie stać go, aby zmarnować jakąkolwiek okazję. Liczy się każdy grosz.

Takich jak on jednak jest niewielu. Jak w każdej branży i tu są ludzie nieuczciwi. Łamią zasady, jak tę, że w cudze miejsca się nie wchodzi. To wprawdzie nieformalny podział miasta na rewiry, ale jednak jest. – Policji przecież nie wezwę – młody, ubrany w wojskowe spodnie chłopak usiłuje wprowadzić porządek w zbieractwie. – Stasiek to uczciwa firma – chciałby, żeby tak wszyscy robili, wie jednak, że to jak określa – wyścig szczurów. – Najgorsze są baby – złości się i wylicza – Kryśka, Zośka, Tereska – jakby mogły to za puszkę by zabiły, takie pazerne są. W Głogowie jest kilka mieszanych par zbieraczy złomu. Bywa, że poznają się na „śmietnikach” i później razem ciągną ten wózek ze złomem.

Pierwsi ustawiają się pod bramą skupu już przed 7 rano. Są wśród nich też osoby, które tylko dorabiają do rent czy emerytur. To zajęcie całodobowe, wymagające samodyscypliny. Bez L4 i urlopu. W upale, deszczu i mrozie. Wytrzymują tylko najlepsi albo zdesperowani, dla których powrót do normalnego życia z różnych powodów jest niemożliwy. Za kilogram puszek (po półlitrowym piwie), a musi być ich średnio 55-57 zbieracz dostanie 3 zł 50 gr. Za kg miedzi czy mosiądzu 18 zł, a aluminium 3 zł. Słaby zarobek jest za cienką blachę, zaledwie 50 gr. Rekordziści potrafią dziennie wyjść ze skupu ze stówą w kieszeni. To jednak wyjątki. Dla wielu ze „złomowej pięćsetki” to ostatnia deska ratunku. Jak dla Marka, który ma zaledwie dwadzieścia parę lat. Wyszedł z domu tak jak stał. Z zawodu jest technikiem mechanikiem. – Nie odbiło mi, po prostu nie chcę żyć jak moi rodzice. Złom mnie wciągnął. Nie piję, nie ćpam, nawet nie palę. Ja to lubię, każdy dzień jest inny. Może kiedyś będę miał swój skup…? – chłopak całkiem poważnie myśli o związaniu się ze złomem na całe życie. – Te, biznesmen, weź już nie chrzań – koledzy po fachu sprowadzają go szybko na ziemię. Kpią, ile się da. To ich sposób na przetrwanie w tym zardzewiałym świecie.
DAB

Podziel się informacją ...
  • 17
  •  
  •  
  •  
  •  
  •