Dzieje sięGłogów

Ola przepłynęła Ocean Atlantycki żaglowcem im. Fryderyka Chopina3 min na czytanie

Przepłynęła ocean Atlantycki największym polskim żaglowcem

– To była największa przygoda w moim życiu– nie ukrywa 18-letnia Ola Szymankiewicz, która przez kilka tygodni płynęła po Atlantyku w czasie pandemii koronawirusa. Z tej podróży wróciła cała i zdrowa, a teraz bierze udział w akcji naprawy statku Fryderyka Chopina w Szczecinie. Jako wolontariuszka, bo pokochała żeglarstwo i marzy o zdobywaniu wielki wód całego świata.

Historia rozpoczęła się dwa lata temu na Pogorii. Był to pierwszy rejs po oceanie dla Oli, obecnie uczennicy II Liceum Ogólnokształcącego w Głogowie. Opowiada, że wcale nie było łatwo się tam dostać. Ale nie rezygnowała, bo chce spełniać swoje największe marzenia. – I się zaczęło – wspomina. Z tej podróży wróciła z pięknymi wspomnieniami i zapałem do kolejnych wyzwań. Choć czekało ją wiele pracy.

– Wymagań było sporo – od wielu godzin przepracowanych jako wolontariusz, po testy wiedzy. Zajęło mi to dwa lata – relacjonuje. Oczywiście ze wszystkim sobie poradziła. Na początku marca, kiedy w kraju nie było jeszcze ogłoszonej epidemii koronawirusa, wyruszyła. – Na lotnisku było niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę. Była z jednej strony ciekawość, z drugiej obawa przed chorobą morską, którą wcześniej przechodziłam raczej słabo – zdradza.

Zanim udało się jej dostać na Gwadelupę, gdzie rozpoczynał się rejs, musiała pokonać kawał drogi. – Kiedy zobaczyłam dwa wysokie maszty… jakie one były wysokie! Po trapie na pokład i w dół do kajuty, która nazywała się „karton”. Legenda głosi, że najpierw był karton, potem Chopin – mówi nam.

Jak wyglądał rejs Atlantykiem, który trwał 54 dni? Przez większość tego czasu nie schodzili na ląd. – Pierwsza noc, właściwie raptem kilka godzin, to bardzo płytki sen. Który, jak się potem okazało, trzeba doceniać – przypomina sobie Ola. Trzeba było też poznać zasady panujące na statku. Przyszedł czas na naukę i zbieranie jakże cennego doświadczenia. Płynąc na północ zahaczyli kilka wysp. Będąc na Monserrat wysłała pocztówki do Polski. Do tej pory… nie dotarły do rodziny i przyjaciół.

– Ale większy sentyment mam do Mazingi. To wulkan, na który weszliśmy. Połowa grupy poddała się w połowie, było strasznie gorąco, ale to co zobaczyłam na górze… żadne zdjęcie nie odda tego pięknego widoku. Nasz Chopin z daleka był kropeczką w krajobrazie. Chmury wyglądały jak armia wielorybów. I ten cudny zapach egzotycznych roślin – wraca pamięcią z sentymentem. Trudno opisać wszystkie te wspomnienia. Bo przecież opowieści można byłoby spisać i wydać książkę.

– Bywało, że płynęły z nami delfin, wieloryby, orki – wymienia. Przepłynęła 6 tysięcy mil. I nie ukrywa, że gdyby mogła, to wybrałaby się w taki rejs raz jeszcze. Teraz bierze udział w remoncie żaglowca w szczecińskim porcie. Do Głogowa wróci pod koniec miesiąca. I już planuje, co dalej.
RED

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Dzieje się