Styl życia

Jedzie pociąg z daleka… a w nim pan Józef w Warsie na głodnych czeka4 min na czytanie

Jedzie pociąg z daleka... a w nim Józef w Warsie na głodnych czeka

Przejechał miliony kilometrów, nakarmił dziesiątki, a może setki tysięcy podróżnych i nie zamieniłby swojej pracy na żadną inną. Wars to jego drugi dom. 

Odprowadzając do drzwi wagonu, kiedy pociąg zbliża się do dworca, wjeżdżając w tunel przy brzegu Odry, rzuca bez zastanowienia. – To wasza piękna kolegiata – w środku nie był, ale widzi ją nie wiadomo po raz który. Tak samo jak wiele innych obiektów, drzew, mostów, wsi i miasteczek na trasie. Zna każdy szczegół, ale jak ma nie znać, skoro np. torami z Przemyśla do Szczecina podąża przez Polskę przez rok. – Józef Pierzchała jestem – przedstawia się elegancko, w eleganckim, czyściutkim jak łza wagonie restauracyjnym Wars. I opowiada o 42 latach życia spędzonego w pociągu. 

Wars to dziś spółka akcyjna. Pan Józef, aby prowadzić bufet, dzierżawi wagon na zasadzie franczyzy. Od 17 lat jeździ razem z żoną Aleksandrą i można powiedzieć, że to już rodzinny sposób na życie – syn prowadzi restaurację w Pendolino, a córka, zanim poszła na urlop macierzyński, pracowała na Chrobrym, czyli pociągu relacji Warszawa – Szczecin. I choć większość czasu spędzają „na torach”, mają swój dom. To okolice Puszczy Kampinoskiej, dwa kilometry od posiadłości milionera Aleksandra Gudzowatego. – On już nie żyje – pan Józef szybko, jak pospieszny, opowiada o swoim życiu. A ma o czym, bo wiele przeżył na kolei, wiele widział. – Najgorsza chwila? – zastanawia się i wyznaje – trzęsienie ziemi w Bukareszcie, lata osiemdziesiąte, coś strasznego – nie chce mówić o szczegółach.

Ćwierć wieku jeździł na państwowym. Stare czasy, w starym Warsie wszystko było inne. Ludzie wchodzili do pociągów drzwiami i oknami, wagon restauracyjny był luksusem, można było nie tylko coś zjeść, ale i wypić. Dziś jest podobnie, ale tłumów już nie ma, choć kultura tu jak w dobrym lokalu. Czysto, przestronnie, wygodne krzesła i stoliki. A i karta całkiem przyzwoita. Dwie zupy, kilka sałatek, kanapki i drugie dania. W kilka minut podane, gorące i smaczne. Menu jest podobne we wszystkich składach, ustala je Wars, a dzierżawcy muszą je realizować.

– To dobre jedzenie, nikt nie narzeka – Józef Pierzchała wraz z żoną starają się, aby klient był zadowolony, żeby, kiedy będzie podróżował następnym razem, wrócił. Ale z tym różnie bywa. Czy to dobry interes pan Józef nie chce zdradzić, jedno jest pewne – musi się najeździć, aby zarobić na opłaty i żeby jeszcze zostało coś na życie. – Człowiek czeka na głodnego i jak już nakarmi, to ma satysfakcję, że ta nasza praca jest komuś potrzebna. A jak klienta nie ma, to tysiąc kilometrów zleci i do kieszeni nic nie wleci – niby żartuje, ale tak poważnie to łatwy kawałek chleba to nie jest. Kim jest „krawat i laptop”? W żargonie pociągowych restauratorów to najlepszy klient. – Zamawia, zjada, prosi fakturę i płaci – tłumaczy pan Józef. 

Z płaceniem to były jazdy… Przychodzi klient, nie ma gotówki i chce płacić kartą. A tu terminala nie ma. I co? Podstawa to zaufanie i pan Józef karmił, ryzykując, czy kiedykolwiek klient mu odda np. 21 zł. – Nie było takiego, który by nie wrócił i nie oddał – mężczyzna ma jedną zasadę – dla normalnych też jest normalny. Dziś można i u niego płacić kartą, więc o jeden problem mniej. Taki bufet w pociągu to też miejsce, w którym człowiek może się wygadać. A jak wiadomo na dobrej rozmowie, to i czas szybciej leci. Jak wtedy, gdy przez trzy godziny z Poznania do Berlina pan Józef pogadał sobie z nieżyjącym już Krzysztofem Kolbergerem. – Ale to był mądry gość – wspomina znanego aktora. Hetman, Batory, Jan Kiepura, Giewont, Połoniny… nazwy pociągów mkną po Polsce, a w nich pan Józef i jego mała restauracja. W Głogowie gości krótko, kilka minut, tyle ile potrzeba, aby wysiedli i wsiedli pasażerowie. –Kiedyś was odwiedzę, na emeryturze – uśmiecha się i macha ręką na pożegnanie. DAB

fot. wars.pl

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Styl życia