Styl życia

Nowoczesność i wygoda na wigilijnym stole czy jednak kilka dni gotowania i smaki jak przed laty?5 min na czytanie

Nowoczesność i wygoda na wigilijnym stole czy jednak kilka dni gotowania i smaki jak przed laty?

Barszcz z torebki, uszka i pierogi z hermetycznego opakowania? A może ryba z wiaderka po hawajsku? Nowoczesność i wygoda na wigilijnym stole czy jednak kilka dni gotowania i smaki jak przed laty?

Natalia i Angelika, choć mają dopiero po osiemnaście lat nie wyobrażają sobie świąt bez potraw, które same przygotują. Dziewczyny zauważają, że smak i wygląd to jedna sprawa, a druga, kto wie, czy nie ważniejsza, to samo gotowanie. 

Dzięki temu, że jest się razem w kuchni wiele godzin można rozmawiać, śmiać się, wspominać i ja tę całą krzątaninę bardzo lubię – Angelika z mamą i tatą robią wszystko razem, a tata nawet najwięcej, bo jest domowym „szefem kuchni” i to on nauczył córkę gotować. – Pewnie, że można dziś wszystko kupić w markecie, ale czy to ma smak? – Angelika jest wierna tradycji i choć zamiast stać przy garnkach, mogłaby spędzić czas z rówieśnikami, woli gotować dla najbliższych.

Podobnie uważa Natalia – nie ma nic lepszego jak kleić i kleić pierogi czy uszka, bo to są właśnie prawdziwe przygotowania do świąt. – Gotowanie to sama przyjemność – cieszy się na samą myśl, że po raz kolejny będzie pomagała przy przygotowywaniu domowych potraw. Marketowa „misa pierogów” to nie dla nich. 

Tradycja, tradycją… ale czy ludzie, szczególnie młode rodziny, mają szansę znaleźć czas na co najmniej cały dzień gotowania? Biegną do pracy, do szkoły, na zakupy, na spotkanie. – Wszystko można pogodzić – uśmiecha się Renata Kukła, współwłaścicielka restauracji Empireum na starówce i radzi – trzeba wszystko zaplanować i być konsekwentnym. 

Gotowanie na ostatnią chwilę nie będzie przyjemnością, za to na starcie stresem, ale kiedy rozłożymy zadania, przygotujemy wcześniej półprodukty, jedzenie powstanie w mgnieniu oka. Jak wspomina z kolei pani Halina, dziś już emerytka, która wychowała czworo dzieci i pracowała zawodowo, świąteczne gotowanie zaczynała od… bigosu, który przechowywała w słoikach. – Nie było tylu udogodnień, nawet lodówki nie miałam, a co dopiero automatycznej pralki. 

I wszystko trzeba było najpierw wystać w kolejkach – kobieta uśmiecha się na wspomnienie czasów, kiedy była młodą kobietą. I ma swoją teorię na temat dzisiejszego zabiegania. – Ludzie więcej czasu siedzą w tym internecie i telewizorze, chodzą po sklepach i godzinami błąkają się między półkami, bo teraz tyle tego wszystkiego jest, że trudno coś wybrać. A czas leci i później nie ma już człowiek siły na gotowanie – pani Halina, choć ma już swoje lata, przygotowuje świąteczne posiłki dla kilkunastu osób. 

– Po wigilii każdy dostaje ode mnie pierogi i jakieś inne przysmaki, nigdy nie zrobię tego tyle, żeby nie zostało – głogowianka uśmiecha się i pilnuje, żeby nie minęła jej kolejka po ryby. Ponad tydzień przed świętami? – Tak. Właśnie po to, żeby później nie stać w jeszcze dłuższych kolejkach – wyjaśnia swój sposób na święty spokój przed świętami.

Karolina i Mateusz, trzydziestolatkowie, pochodzą z rodzin, w których nie do pomyślenia było, aby na wigilijnym stole postawić inne niż domowej roboty jedzenie. Wspominają sprzed lat sytuację, kiedy mama Mateusza, zamiast tradycyjnych uszek, podała włoskie pierożki tortellini i to w dodatku z mięsnym farszem. – Ale była afera, dziadek nakrzyczał na mamę i powiedział, że poszła na łatwiznę, że takiego g…. nie będzie jadł – mężczyzna ze śmiechem wspomina sytuację i przyznaje, że dziś na jego stole większość wigilijnych dań to gotowce z marketu. 

Nie mamy czasu, to po pierwsze, a po drugie nie potrafimy gotować – tłumaczy młoda kobieta i opowiada, jak raz próbowała zrobić pierogi z kapustą. Skończyło się na mazi. Zbyt twardego ciasta nie dało się skleić, kapusta wypłynęła…– Płakać mi się chciało – Karolina od pięciu lat kupuje pierogi i uszka w markecie, podobnie jak rybę po grecku czy śledzie w słoiczku. – Barszcz? Oczywiście, że z torebki – potwierdza i przyznaje, że wie, ile w takim jedzeniu jest chemii. Tak, tak, wzmacniacze smaku, aromaty, cukier i tłuszcz. Takie czasy, że człowiek chodzi na skróty – głogowianka nie ukrywa, że zazdrości koleżankom, które potrafią gotować, ale jak mówi – jest jak jest i jak na razie, nie przełamała się jeszcze do poświęcenia w kuchni, a przede wszystkim przyłożenia się, aby się nauczyć gotować.

Jej równolatka jest mężatką zaledwie od dwóch lat. – W moim domu się nie gotowało. Jak nie jedna, to druga babcia nas karmiła. Mama niczego mnie nie nauczyła, dlatego jak poszłam na swoje, potrafiłam zrobić tylko kanapki. Dziś gotuję dwudaniowe obiady i sprawia mi to ogromną radość, wymyślam różne potrawy i dużo eksperymentuję, co nie zawsze smakuje mojemu mężowi – śmieje się pani Marta i już drugą wigilię będzie przygotowywała zupełnie sama. – Grunt to robić wszystko z sercem. Wyjdzie to wyjdzie, a jak nie wyjdzie, zacząć od nowa, albo zrobić coś innego – w pełnych torbach zakupów jest już kapusta kiszona, mak i susz na kompot. – Będzie pysznie – zapowiada. Do gotowania zachęcają też Natalia i Angelika – domowe jedzenie to nie tylko smak, to przede wszystkim okazywanie, jak bardzo zależy nam na najbliższych. Nawet, gdy przypłacimy to bólem kręgosłupa…

DAB

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Styl życia