Zamknij
REKLAMA

Remi Pospiech: Każde pokolenie ma swoje „Explosion”

09:43, 24.05.2023 . Aktualizacja: 09:45, 24.05.2023
Skomentuj

Podczas Dni Głogowa imprezę rozkręci duet znanych na świecie didżejów Kalwi&Remi. Dawka świetnej klubowej muzyki gwarantowana. Tylko u nas specjalny wywiad z Remim Pospiechem, który zapowiada, że podczas ich koncertu w naszym mieście z pewnością będzie gorąco!

Zacznę od złożenia życzeń z okazji 20-lecia działalności. Takie wydarzenie to najlepsza okazja na wypuszczenie nowych utworów. Co planujecie? Będzie na bogato obchodzony jubileusz?

Dokładnie, trafiłeś w sedno! O tym najciekawszym utworze, który pojawi się z okazji 20-lecia, nie chcę za wiele mówić. Aczkolwiek mamy kilka numerów, które są już skończone i czekają na emisję. Są to utwory klubowe, które sprawdzą się również do komercyjnego radia. Jesteście pierwszym medium, któremu to zdradzam: nagraliśmy utwór polskojęzyczny z bardzo znanym komercyjnym chórem. Myślę, że wiele osób może domyślić się, o który chodzi. Ten kawałek pojawi się w tym roku wraz z pozostałymi, które, jak wspomniałem, są gotowe i czekają w przysłowiowej szufladzie, aby je wyciągnąć oraz zaprezentować szerszej publiczności. Jesteśmy też w trakcie produkcji kilku numerów zupełnie niekomercyjnych, które w tym roku sukcesywnie będą pojawiały się w internecie. Czasy są takie, że obecnie to właśnie internet jest tym głównym medium, w którym można promować utwory. Przy okazji zapraszam na nasze profile na Facebooku, Instagramie oraz na SpotiFy, gdzie znajdziecie wszystkie nasze kompozycje, które pewnie gdzieś tam obiły się wam o uszy – zarówno w klubach, jak i w stacjach radiowych. Cały czas działamy. Kalwi&Remi po dwudziestu latach absolutnie nie składają broni, a wręcz przeciwnie. Mamy wrażenie, że cały czas się jeszcze rozkręcamy. 

Chodziło pewnie o chór Sound&Grace?

Pomidor (śmiech). Niech to pozostanie niespodzianką dla słuchaczy. Mamy nadzieję, że utwór spodoba się fanom. Nic więcej nie powiem (śmiech). 

Swój jubileusz obchodzi też piosenka „Explosion”, która była waszym pierwszym utworem i stała się takim znakiem towarowym. W ubiegłym roku rozmawiałem z Katarzyną Stankiewicz z Varius Manx, która powiedziała, że ich koncert nie może obejść się bez zaśpiewania „Orła cień”. U was podobnie jest chyba z „Explosion”?

Zdecydowanie tak. Szczerze powiem, że mamy z tym trochę problem. Z jednej strony, jest to nasza taka Mona Lisa, a z drugiej, nieco przekleństwo – w dobrym tego słowa znaczeniu (śmiech). Zaczynając nasz występ, słyszymy jak publika – praktycznie jest tak za każdym razem i nie ma znaczenia, czy to mały, czy duży klub lub impreza plenerowa – skanduje: „Explosion, Explosion”. Nasz występ trwa zazwyczaj dziewięćdziesiąt minut i kończy się tą piosenką. Robimy wszystko, aby nakręcać publikę i sprawić, aby świetnie bawiła się i dotrwała do tego numeru. Świadomie nie gramy go na początku. 

Grubson ma to samo. W ubiegłym roku wystąpił podczas Dni Głogowa. Ledwo wszedł na scenę, a fani krzyczeli: zaśpiewaj piosenkę “Na szczycie”!

To bardzo miłe dla artysty, bo oznacza, że przyszli konkretni ludzie, którzy doskonale znają twórczość. Wiadomo, że ten najlepszy hit jest z definicji tylko jeden. Nie może też trwać godzinę. Trzeba ten czas wypełnić innymi numerami do czasu, gdy ta przysłowiowa wisienka na torcie się pojawi, a zazwyczaj, jak wspomniałem, jest na końcu (śmiech). Jak widać, wielu artystów najlepsze zostawia na koniec.

O tym utworze powiedziano już chyba wszystko, czy jeszcze skrywacie jakieś tajemnice? Nawiązuję od razu do kolejnego pytania, które skończy ten wątek: czy nie macie już dość rozmawiania na temat „Explosion”?

Myślę, że jeszcze wiele pytań nie padło, a powtarzają się te same. Z pewnością jeszcze można zgłębiać temat, zwłaszcza, że jest bardzo ciekawy. Ten utwór powstawał w okolicznościach radiowych, ponieważ przez długi czas byliśmy prezenterami. Pracowaliśmy w poznańskim radiu RMI FM. Tworzenie tego utworu było zabawą, a jednocześnie taką misją, aby zrealizować hymn imprezy, która miała odbyć się w poznańskiej arenie. Wzorem światowych eventów, chcieliśmy stworzyć utwór, który będzie hymnem RMI Explosion – impreza nawiązująca do nazwy radia. To były nasze pierwsze kroki, nazwałbym nawet raczkowanie, jeśli chodzi o produkcję muzyczną. Wykorzystywaliśmy sprzęt, który był dostępny w radiu. W naszej głowie był pomysł, ale nie mieliśmy na przykład wokalistki. Pytaliśmy po newsroomie: „znacie jakąś dziewczynę, która fajnie śpiewa, a przy okazji ogarnia angielski?”. Nieśmiało zgłosiła się Olga i mówi, że trochę kiedyś śpiewała. Stwierdziliśmy "dobra, chodź i pokaż, co potrafisz". Na wariackich papierach i totalnie spontanicznie, żywiołowo i jednocześnie bez kalkulowania powstał utwór „Explosion”, który faktycznie stał się hymnem imprezy. Przy okazji znalazł się na playliście radia, w którym pracowaliśmy, dzięki czemu mogło usłyszeć go więcej osób. Później pocztą pantoflową zaczął rozchodzić się po didżejach, którzy zaczęli go grać podczas różnych eventów. Pamiętajmy, że to był 2003 rok. W tym czasie nie istniał jeszcze kanał YouTube. Kiedyś było trudniej promować własną twórczość. Dzisiaj jednym kliknięciem możemy dotrzeć do danej piosenki. Najczęściej chodziło się do klubu, aby posłuchać nowej, fajnej muzyki, którą proponowali didżeje. W dużej mierze bez naszej ingerencji i czasem wiedzy ten utwór rozchodził się po klubach jak wirus. Dopiero później zaczęliśmy dostawać maile od didżejów, którzy pisali, że mamy super utwór. Po dwóch czy trzech latach zgłosiła się do nas wytwórnia: “ej chłopaki, wy macie takiego hita, że trzeba coś z tym zrobić”. To był moment, w którym zorientowaliśmy się, co tak naprawdę się wydarzyło.

Ten utwór miał dużo modyfikacji czy to jego pierwotna wersja? 

„Explosion” ma niezliczoną liczbę wersji, które są stworzone przez nas. Testowaliśmy je i dawaliśmy do oceny słuchaczom. Graliśmy w klubach oraz puszczaliśmy w radiu. Później producenci i didżeje robili remiksy. Jeśli ktoś zgłosił się do nas po ten utwór, to bez problemu go udostępniliśmy. Uwierz mi, że tych remiksów powstało tyle, że nie da się ich zliczyć. Ten kawałek żyje swoim życiem i mało tego – można śmiało powiedzieć, że każde pokolenie ma swoje „Explosion”. Co jakiś czas pojawia się na YouTube tak mocny remiks, który bez żadnego teledysku oraz bez żadnej promocji potrafi zgromadzić po piętnaście czy dwadzieścia milionów odtworzeń. To jest niesamowite. Stają się one kolejnymi hitami, pod którymi chętnie się podpisujemy. Każdy sukces ma  wielu ojców. Najważniejsze, że przy każdym remiksie publika świetnie się bawi. Na fenomen „Explosion” składa się fakt, że jest tyle wersji tej piosenki, dzięki czemu ona się nie nudzi. 

Jubileusz to bardzo dobry czas na refleksje, spojrzenie trochę z boku na przebieg kariery. Czy z perspektywy czasu uważasz, że Polska nie była przygotowana na taki duet? Mam wrażenie, że za granicą, chodzi mi tutaj o te początki i nieco późniejszy okres, wasza muzyka była cieplej przyjęta niż we własnym kraju.

Zacząłeś bardzo trudny temat. Uważam, że media nie były gotowe na muzykę klubową. Przez wiele lat podchodziły zachowawczo do takich utworów. Z biegiem lat to się oczywiście zmieniło. Jednak rzeczywiście, gdy zaczynaliśmy w 2003 roku przygodę z produkcją muzyczną, nie było stacji radiowych i telewizyjnych, które odważyły się grać muzykę klubową. Po pewnym czasie wiele z nich się do niej przekonało. Przyznam szczerze, że to był na początku nasz problem, ponieważ trudno było przebić się z nowymi produkcjami. Tak jak wspomniałem, internet raczkował, nie było YouTuba. Byliśmy uzależnieni od mediów, które bardzo zachowawczo podchodziły do tematu. Musieliśmy nieco kombinować, aby naszą muzykę bardziej skomercjalizować, nieco wygładzić niektóre utwory. Wiadomo, że to nie było tym, co człowiekowi w duszy gra. Różnie to wychodzi, kiedy trzeba dostosować utwór do stacji radiowych. Uważam, że powinno być na odwrót. To artysta powinien móc tworzyć tak, jak czuje, wtedy utwór jest bardziej prawdziwy. Rzeczywiście te początki były pod tym względem trudne, natomiast myślę, że wszyscy dojrzewaliśmy do tego, aby muzyka klubowa stała się muzyką mainstreamową. Tak się stało, bo obecnie stacje radiowe nie mają problemu, aby grać takie utwory, co oczywiście bardzo cieszy. 

Czy od początku zakładaliście z Kalwim tak długą współpracę?

Byliśmy na takim etapie w życiu, że nie mieliśmy żadnych konkretnych planów na wiele lat do przodu (śmiech). Byliśmy młodymi chłopakami i robiliśmy wszystko na spontanie. Uwielbialiśmy muzykę i pracę w radiu. Był to nasz żywioł. Gdyby ktoś w tamtym momencie powiedział mi, że będziemy wspólnie grać przez 20 lat i więcej, bo końca nie widać, to puknąłbym się w czoło (śmiech). Nie myślałem wtedy o tym, że spędzimy ze sobą kawał życia. Był to czas, w którym o tym nie myśleliśmy. Każdy z nas miał swoje audycje radiowe. Jednak po pewnym czasie ludzie zaczęli nas ze sobą łączyć. Później pojawiły się propozycje z klubów. Przypomnę, że nie byliśmy wtedy didżejami. Na szybko zorganizowaliśmy konsolę, uczyliśmy się miksować. Wtedy nastąpiła potrzeba, abyśmy się jakoś nazwali, bo byliśmy różnie reklamowani. Przy każdej reklamie występowaliśmy pod inną nazwą. Był chaos i musieliśmy jakoś to usystematyzować. W alfabecie K jest przed R, dlatego też Kalwi&Remi. 

Nie wierzę, że podczas tworzenia muzyki nie dochodzi między wami do sprzeczek. Jeden chce w danym momencie większy bit, drugi pod koniec wprowadziłby klawisze. Jak to u was bywa?

Pewnie, że są tarcia, a delikatnie mówiąc: spokojne dyskusje i spory. Zdarzają się praktycznie przy każdym utworze i uważam, że jest to czymś normalnym. Jednak zawsze znajdujemy złoty środek. Najczęściej chodzi o detale, które dla przeciętnego odbiorcy nie są ważne, ale już dla artysty czasami pełnią funkcję dopełniacza danego utworu. Później dochodzimy do wniosku, że dyskutujemy przez tydzień nad rzeczami, które i tak przez słuchacza nie zostaną zauważone (śmiech). Te detale nie decydują o sukcesie czy porażce danego numeru. Często idziemy na kompromisy. Jak to wygląda? Produkujemy kilka wersji utworu. Moja idzie pod teledysk, a z poprawkami Kalwiego do radia lub na odwrót.. Ufamy sobie i to też jest ważne przy współpracy. Tyle lat ze sobą gramy, że doskonale się rozumiemy. Czasami dla utworu jest lepiej, gdy jedna osoba odpuści. Zdarza się, że puszczamy różne wersje piosenek zaufanym osobom, które wyrażają swoje opinie. Nie mamy jednego schematu na produkcję utworu. Uwierz mi, że każdy z nich ma swoją historię. Finalnie zawsze się godzimy, osiągamy konsensus i każdy z nas na koniec jest zadowolony. 

Na koniec chciałbym zakończyć lokalnie, stąd pytanie: czego mogą spodziewać się głogowianie, którzy przyjdą na wasz koncert?

Mają gwarancję super zabawy. Przez dziewięćdziesiąt minut będą wyskakiwać z butów (śmiech). 

I to nawet na trzeźwo!

(Śmiech) Nie wiem, czy to padło w jakimś wywiadzie, ale zawsze gramy na trzeźwo i świetnie się bawimy. To musi działać w dwie strony. Muzyka, klimat, szaleństwo na konsolecie, brzmienia płynące z głośników – to jest wystarczająca używka.. Zawsze gramy dla publiki. Ciekawostka: nie mamy gotowego seta, oprócz hitów, które muszą się pojawić. Wszystko jest podane w takim sosie, którego my przed występem do końca nie znamy. Podczas każdego występu są różne zapotrzebowania. Wszystko zależy od publiczności, klimatu, miejsca. Nasz repertuar jest dostosowany też do wieku osób, które przyszły .Gdy widzimy, że jest więcej naszych równolatków, to gramy trochę więcej klasyków. Zawsze chcemy znaleźć balans, aby dostosować muzykę zarówno do czterdziestolatków, jak i dwudziestolatków. Powiem skromnie, że udaje nam się to z sukcesem (śmiech). 

Dziękuję za rozmowę

Arkadiusz Orman

(.)
 

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarz(0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

0%