Extra

65 lat razem! Bo kiedyś słowo miało znaczenie4 min na czytanie

65 lat razem! Bo kiedyś słowo miało znaczenie

Moi rodzice to najpiękniejsza para jaką znam – mówi Bożena Rudzińska. Krystyna i Tadeusz Michalczykowie pobrali się w 1956 roku i są ze sobą już 65 lat. Dla młodych to wręcz trudne do wyobrażenia.

2 kwietnia właśnie minęła ta okrągła rocznica. 65 lat od zawarcia związku małżeńskiego. Pan Tadeusz jest niestety w gorszej kondycji. Pani Krystyna przestaje pamiętać. Przeszłość okrywa coraz gęściejsza mgła. Tak bywa, taka jest kolej rzeczy. – Młodzi, piękni, zakochani. Swoje wspólne życie rozpoczynali w bardzo trudnym czasie – opowiada o nich ich córka Bożena Rudzińska na podstawie wspomnień.

Jej rodzice przeżyli dzieciństwo w trudnych czasach okupacji. Nie było ono beztroskie, jak maja dzieci w dzisiejszych czasach. Gdy się poznali, ona miała 23, a on 26 lat. – Zapytałam mamę o początek ich znajomości. Poszukała w pamięci tego pierwszego spotkania. Tego pierwszego spojrzenia w oczy – Bożena Rudzińska żałuje, że z biegiem lat wspomnienia się pozacierały. – Mama pamięta jednak, że ich czas narzeczeństwa polegał na przelotnych spotkaniach. Mijali się na przystanku autobusowym, gdzie jedno z nich wysiadało, a drugie wsiadało. To trwało ponad rok – opowiada. Jej ojciec był synem leśniczego. Podtrzymał rodzinną tradycję i także został leśnikiem. Jej mama skończyła edukację na maturze. Dostała nakaz pracy w Radomsku – bo takie były czasy. Pobrali się 2 kwietnia 1956 roku w rodzinnej wsi mamy, Cielętniki, w centralnej Polsce. Wkrótce przyszedł na świat ich syn Zbigniew. Zamieszkali w leśniczówce, z dala od cywilizacji, w surowych warunkach. Było ciężko, szczególnie młodej mamie. Dlatego, gdy pod koniec lat 50. zaczęła się migracja na zachód Polski, pan Tadeusz wyruszył tam za pracą i trafił do Głogowa. W 1961 roku dołączyli do niego żona z synkiem. Pani Bożena już urodziła się w Głogowie. – Na zawsze zostaliśmy głogowianami – śmieje się. Opowiada, że ich pierwsze własne mieszkanie znajdowało się na międzyodrzu, w sąsiedztwie ruin kolegiaty, a w pobliżu stały baraki, w których mieszkali Romowie. – Rodzice nigdy nie mieli samochodu – wspomina.

Jej ojciec był myśliwym i wędkarzem. Jeździł motocyklem WSK-ą. Mama docierała do pracy na drugi koniec miasta na rowerze. W wiklinowym koszyczku z zamontowanym przy kierownicy transportowała do przedszkola córeczkę. – Czy śnieg czy spiekota. Ktoś jej nawet nadał przezwisko „Szurkowski” – wspomina córka. – Wydawałoby się, że są z dwóch innych światów. Nie uprawiali razem ogródka, nie grali w karty, nie jeździli razem na polowania czy na wycieczki do NRD, a jednak stworzyli silny i trwały związek – mówi. 65 lat razem to kawał życia… Były chwile radości, były sukcesy, ale też i zmartwienia. Z czasem przyszły też choroby. – Kiedy żona zachorowała na nowotwór, wszystkie siły i energia skupiały się na jej leczeniu – wspomina pan Tadeusz. Z kolei gdy on się rozchorował – ona otoczyła go opieką, poświęciła mu cały swój czas i energię. – To się działo w naturalny, odruchowy sposób. Niczym w naczyniach połączonych – ocenia Bożena Rudzińska. – Ktoś bardzo pięknie skomentował, jak to możliwe, że przeżyli razem w zgodzie tyle lat. To pokolenie, które było nauczone, że jeśli coś się zepsuło, to brało się do rąk i naprawiało, a nie wyrzucało i szukało nowego – ocenia pani Bożena.

– W tamtych czasach o wszystko trzeba było walczyć, wszystko z trudem zdobywać. Wszystko też miało inną wartość – pani Bożena uważa, że także słowo dane sobie, przed ołtarzem czy nie, miało inną wartość niż dziś. – Dziś pierwsze niepowodzenie, kłótnia, odmienne zdanie i ludzie rezygnują. Sprzętów się nie naprawia, tylko wyrzuca – mówi, że jej mama zapytana o receptę na tak długie wspólne trwanie w związku, odpowiedziała po dłuższym namyśle: Bo kiedyś bardziej się szanowało ślub kościelny. Krystyna i Tadeusz Michalczykowie mają 2 dzieci, 7 wnuków i 3 prawnuczki. Dziś bardzo schorowani, wciąż razem.
RED

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Extra