To był dramatyczne chwile. Młody górnik, głogowianin, cudem przeżył zawał skał pod ziemią. – Gdy usłyszeliśmy jego głos… płakaliśmy – nie kryje emocji Marcin Górski, szef ratowników KGHM-u.
Kilkanaście metrów pod ziemią, w miejscu, gdzie nie dociera światło dzienne, rozegrała się dramatyczna walka o ludzkie życie. Operator ładowarki został przysypany przez masy skalne. Czas liczono nie w godzinach, lecz w minutach. Na dół ruszyli oni – ratownicy KGHM-u. Ludzie, którzy na co dzień pracują w cieniu, ale w chwilach próby stają się ostatnią deską ratunku.
To była noc pełna strachu
– nie ukrywa Marcin Górski, dyrektor naczelny Jednostki Ratownictwa Górniczo-Hutniczego. Uratowali młodego górnika.
To był piątek, 9 stycznia, dokładnie godzina 16:11. Właśnie wtedy przyszło zgłoszenie – akcja zawałowa w kopalni Polkowice-Sieroszowice. – Informacja od dyspozytora była krótka: opad skał stropowych na ładowarkę łyżkową, w środku operator – wspomina Marcin Górski.
Zgodnie z procedurą jednostka ratownicza ma jedną minutę, by opuścić bazę. – Nieważne, co robimy – ktoś może być pod prysznicem, inny jeść obiad, ale wszyscy muszą się stawić. Wskakujemy do wozu bojowego, mamy ze sobą lekarza, mechanika i piętnastu ratowników. W ciągu minuty jesteśmy gotowi, by ruszyć – mówi.
Autobus z syreną opuszcza Sobin, bo właśnie tam znajduje się baza ratowników. Na bramach kopalni czekają już ochroniarze. Szyb jest przygotowany, klatka też gotowa. Każdy wie, co ma robić. – To sekundy, które mogą zdecydować o życiu człowieka – dodaje.
Na dole – cisza. Tylko echo kroków. Ratownicy zjeżdżają do oddziału G-23. Tam, gdzie doszło do katastrofy, widzą obraz, który odcina dech. Maszyna zasypana blokami skalnymi wielkości samochodów. Ale nie tych osobowych, lecz ciężarowych. To straszny widok. – Skały były ogromne. Monolity – przyznaje Górski.
Nie ma mowy o ich ręcznym usunięciu
– nie ukrywa, że w pierwszej chwili nie było żadnego kontaktu z operatorem.
Ratownicy zakładają bazę, rozkładają łączność, sprowadzają ładowarki. Przez ponad godzinę próbują dostać się do kabiny. Nikt nie wie, czy człowiek pod zwałem wciąż żyje. Wszystko odbywa się oczywiście pod nadzorem specjalnie zwołanego sztabu kryzysowego. Są w stałym kontakcie. Aż w pewnym momencie, gdy maszyny milkną, jeden z ratowników krzyczy: Cisza! Słuchamy! I wtedy... z wnętrza zniszczonej ładowarki dobiega słaby, ale wyraźny głos.
Poszkodowany górnik mówił, że żyje, że się trzyma. To był przełom. Jakby całe powietrze wróciło do płuc
– zdradza. To była ta chwila, gdy adrenalina ustępuje miejsca nadziei. Jednak to nie był jeszcze przecież koniec akcji.
Jak to możliwe, że człowiek przeżył pod taką masą skał?
Maszyny, w których pracują operatorzy, projektowane są z myślą o bezpieczeństwie. Kabina to swoista kapsuła życia. W razie zawału obniża się do wysokości maszyny, przyjmując ciężar skał na konstrukcję całej ładowarki. Dzięki temu kabina zostaje praktycznie nienaruszona
– tłumaczy.
W tym przypadku jedynie szyby zostały rozbite – paradoksalnie to pomogło. Ratownicy mogli usłyszeć głos operatora, a ten miał też dostęp do tlenu. – Powiedział, że odczuwa ból pleców, ale jest przytomny, spokojny. To dodało nam sił – opowiada.
Praca pod ziemią to ciągłe ryzyko. Ratownicy musieli dobrać najlepszą metodę, by nie pogorszyć sytuacji. – Skały były tak duże, że ładowarki przestały sobie radzić. Wtedy zapadła decyzja: sprowadzamy dardę – relacjonuje dyrektor.
Darda to bezdetonacyjny rozsadzacz skał, który działa bez użycia materiałów wybuchowych.
Wiercimy otwory, wkładamy urządzenie i klinujemy skałę. Powoli, cicho, bez huku i bez iskier. To najbezpieczniejszy sposób. Ratownicy pracowali z centymetrową precyzją
– mówi Górski.
Każdy ruch był obliczony, każdy głos w łączności – nagrywany i przekazywany do sztabu. Nad głowami postawiono dodatkową obudowę ze stojaków hydraulicznych, by chronić ludzi biorących udział w akcji ratunkowej. Akcja trwała kilkanaście godzin. Pot zalewał oczy. Po rozsadzaniu skał nadal długo nie było widać maszyny. Ratownicy szukali szczelin, przez które można by się przecisnąć. Na szczęście konstrukcja ułożyła się tak, że operator zdołał uchylić drzwi. Jeden z ratowników podał mu rękę.
Po tylu godzinach napięcia i zmęczenia widzisz, jak człowiek wychodzi o własnych siłach. Nikt już się nie wstydził łez
– zauważa dyrektor miedziowych ratowników. Emocje wzięły górę. Bo płakać to nie wstyd. Wspomina to co działo się w 2013 roku, gdy w kopalni ZG Rudna po całonocnej akcji uratowano 19 górników. – Wtedy też płakaliśmy. Nikt nie udawał twardziela – pamięta.
Jak mówi ratownictwo górnicze to nie praca, lecz powołanie. – Nie każdy może być ratownikiem. Trzeba mieć za sobą minimum dwa lata pracy pod ziemią, świetne zdrowie i żelazną kondycję. Ale przede wszystkim – trzeba mieć w sobie pasję do pomagania. Wielu naszych ludzi to honorowi dawcy krwi, sportowcy, ludzie o mocnym charakterze i miękkim sercu – opisuje.
Obecnie w strukturach KGHM służy 480 ratowników. Każdy z nich na co dzień pracuje normalnie – najczęściej pod ziemią, a dwa razy w roku pełni tygodniowy dyżur w pogotowiu.
To ludzie, którzy zostawiają wszystko, gdy zadzwoni alarm. W sekundę zmieniają się z górnika czy elektryka w ratownika
– mówi z dumą.
Czego im życzyć? – Zdrowia, siły, kondycji… i jak najmniej wyjazdów – nie zastanawia się długo. By ich służba kończyła się na ćwiczeniach, a nie na akcjach pod ziemią.
Jest wyrok sądu w sprawie referendum
teraz to i pies soltysa bedzie rzadzil jak sie soltys zaczerwieni
niki
18:47, 2026-02-09
Jest wyrok sądu w sprawie referendum
w tym ciemnogrozie nie znajdziesz nozownika bandziora zlodzieja ani nikogo komu sie wszystko nalezy lacznie z 19 tka za lezenie
ciemnogrod
18:43, 2026-02-09
Miał trzy metry skał nad głową
Pamiętam akcje jak Ratownicy szukali młodego chłopaka który poszedł pompkę wyłączyć. Akcja w sobote po 2 zmianie....Opowieśći górników były takie, przyjechli zbudowali sobie bazę akcji przywieźli im jedzenie pici radbulle cole itd... Gość topił się w męczarniach a oni biesiadowali do niedzieli. Chłopaka znaleźli kilka dziesiąt metrów od bazy.... Tym się nie chwalicie. Kolejny przypadek jak główny drużyny prosił zwykłych górników kolegów poszkodowanego kolegi by pomogli zapakować ciało... Na co sztygar jak to usłyszał to prawie mu nie dał w morde... Takich historii jest wiele ale tą ostatnią to opisuje bo byłem na miejscu... Jak powiedziałem kolegom to nie wierzyli...
BubaR7
17:47, 2026-02-09
Zaginął Piotr Dąbrowski z Głogowa
Może w Budapeszcie siedzi
Zbychu
17:35, 2026-02-09
1 0
Trochę inaczej to wygląda z perspektywy współpracowników z g23, ktorzy tez brali w tym udział...
1 0
A pisali że samo istny że załoga nie jest zagrożona. A tu takie historie
1 0
Pamiętam akcje jak Ratownicy szukali młodego chłopaka który poszedł pompkę wyłączyć. Akcja w sobote po 2 zmianie....Opowieśći górników były takie, przyjechli zbudowali sobie bazę akcji przywieźli im jedzenie pici radbulle cole itd... Gość topił się w męczarniach a oni biesiadowali do niedzieli. Chłopaka znaleźli kilka dziesiąt metrów od bazy.... Tym się nie chwalicie. Kolejny przypadek jak główny drużyny prosił zwykłych górników kolegów poszkodowanego kolegi by pomogli zapakować ciało... Na co sztygar jak to usłyszał to prawie mu nie dał w morde... Takich historii jest wiele ale tą ostatnią to opisuje bo byłem na miejscu... Jak powiedziałem kolegom to nie wierzyli...
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu myglogow.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz