Extra

Trochę żałuję, że… skończyłem tak szybko. Łukasz Darowski miał karierę przed sobą6 min na czytanie

Trochę żałuję, że... skończyłem tak szybko. Łukasz Darowski miał karierę przed sobą 2

Co to był za mecz! SPR Chrobry Głogów (dziś KS SPR Chrobry Głogów – przyp. red.) grał ligowy mecz z Hutnikiem Kraków. To były rozgrywki 1.ligi grupy B, tak jakby dziś zaplecza PGNiG Superligi. Łukasz Darowski, wtedy ledwie 18-letni rozgrywający, był wiodącą postacią na boisku. A nie było to łatwe starcie, bo z zespołem walczącym o awans na najwyższy poziom rozgrywkowy w Polsce. Chrobry wtedy wygrał jedną bramką – zwycięski gol padł po rzucie karnym wykonywanym przez Darowskiego. – To był mój najlepszy mecz w karierze – nie ukrywa po latach. Rzucił aż 9 bramek, z czego 7 z karnych w których miał stuprocentową skuteczność. Pokonał w bramce nie byle kogo, ba samego Sławomira Szmala! Ten później odszedł do Warszawianki Warszawa.

Chodził do Szkoły Podstawowej nr 10 na osiedlu Kopernik w Głogowie. A tam albo się pływa, albo gra w piłkę ręczną. Dla chłopców jedna z dwóch opcji do wyboru. Zaczął od pływania, choć jak przyznaje w wodzie wcale nie czuł się jak ryba. – W klasie byli ode mnie lepsi, nawet mistrzostwie Polski w swoich rocznikach, a ja byłem średniakiem – nie ukrywa Darowski. Ale próbował swoich sił w myśl reguły, że sport to przecież zdrowie. Podczas jednych z zajęć dodatkowych zabrakło trenera od pływania i zastąpił go Robert Musiał – nauczyciel i trener zajmujący się piłką ręczną. – Pamiętam jak dziś, gdy rzucił nam do wody piłkę i kazał grać – śmieje się.

Po chwili nauczyciel miał zawołać chłopaka. – Powiedział mi, że nie będę pływał, a grał w piłkę. Zobaczył, że jestem leworęczny i dobrze sobie radzę, więc zabrał mnie na zajęcia na halę – wspomina. Lubił ten sport, bo wzorem do naśladowania był dla niego starszy o cztery lata brat Przemek, który trenował ręczną. Chciał mu dorównać. Stale robił postępy, dostał powołanie do kadry wojewódzkiej. Najbardziej utkwiły mu zajęcia z trenerem Piotrem Zembrzuskim, wybitnym analitykiem, który rywali rozpracowywał, co do szczegółu. A tego nie było końca.

Na przełomie lat 80 i 90-tych Chrobry swoje mecze rozgrywał w hali wojskowej. Panowała tam świetna atmosfera, niepowtarzalna nigdzie indziej. – Biegałem na mecze ligowe, by kibicować i podpatrywać, jak grają. Grał tam też mój trener Musiał, ale i sąsiad Mariusz Bartoszewicz czy Wojciech Skołozdrzy – wylicza. W głębi serca gdzieś tam marzył, aby móc w przyszłości także wybiec na parkiet tej hali. Był uzdolnionym graczem, czego efektem było powołanie do reprezentacji Polski juniorów. Występy z orzełkiem na piersi były dla niego niezwykle ważne. – Chyba największe przeżycie – potwierdza. Debiutował w meczu z Czechami, który pamięta do dziś. A w zasadzie tylko jego urywki, bo podczas tego starcia upadł na parkiet uderzając głową. Doznał wstrząsu mózgu i obudził się dopiero w szpitalu. – Na szczęście nic mi się nie stało, a skończyło na strachu – dodaje Darowski.

Później w kadrze rozegrał jeszcze kilka turniejów. Rzucał bramki i poznawał kolegów, których po latach mógł śledzić w telewizji, gdy zdobywali mistrzowskie medale. Jednym z nich jest m.in. Grzegorz Tkaczyk, innym Michał Kubisztal – wybitni reprezentacji biało-czerwonych. Poznał Karola Bieleckiego. – Graliśmy w kadrze na treningu naprzeciwko siebie. Karol był od nas młodszy, ale jak rzucił petardę! Ale ten koleś ma łapę! – pomyślałem – zdradza. Co ciekawe Bielecki nie dostał się do gdańskiego SMS-u i musiał w inny sposób udowadniać, że ma ponadprzeciętne umiejętności. – To wielki gość i nie mówię tu tylko o jego wzroście – dorzuca.

Jemu nie było dane zrobić kolejnego kroku. Po świetnych występach na szczeblach młodzieżowych zapracował sobie jednak na awans do pierwszej drużyny Chrobrego. Miał wtedy ledwie 16 lat. – Chodzą różne historię, że młody zawsze musi zapłacić jakieś frycowe czy tym podobne. Nie było tak – drużyna bardzo dobrze mnie przyjęła, więc szybko się w niej zaaklimatyzowałem – przypomina sobie. Był stres, jakaś trema, ale on robił swoje. W Chrobrym spędził w sumie cztery sezony.

Przyszedł czas na pierwsze poważne decyzje. Z racji tego, że był reprezentantem kraju, dostał się bez egzaminów na studia na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Ale marzył mu się zupełnie inny kierunek, politologia. Wówczas jego brat grał w klubie w Zielonej Górze. – Postawiłem na studia w tym lubuskim mieście, gdzie łączyłem grę z nauką – mówi. Podczas Akademickich Mistrzostw Polski w Koszalinie zagrał kilka meczów po przeziębieniu i wysokiej gorączce. Był osłabiony. Gdy wrócił na studia zaczęły się problemy.

– Nie mogłem wstać z łóżka – opowiada. Po wizytach w szpitalach i badaniach okazało się, że cierpi na tzw. młodzieńczy reumatyzm. Żartów nie było, bo powikłania mogły być tragiczne dla jego zdrowia. Musiał porzucić zawodowy sport. Po roku leczenia, zabiegach, wyszedł z tego cało. – Nie było łatwo, ale się nie załamałem. Piłka ręczna to była dla mnie miłość, lecz postanowiłem się skupić na nauce – twierdzi. Choć nie do końca tak było…pocieszenia zaczął szukać chociażby w byciu sędzią, potem pisząc artykuły o piłce ręcznej, by nawet włączyć się w działalność na rzecz Chrobrego. Żadna z tych pozaboiskowych rzeczy nie miała szans bytu na dłużej.

Dziś jest szczęśliwym ojcem dwóch córek – Jagody i Poli. Handlowcem w KGHM Metraco i amatorskim szczypiornistą w drużynie oldbojów. Czasami zasiada na trybunach podczas meczów głogowskiej młodzieży, gdzie w jednym z zespołów występuje kuzyn Aron.– Nie czuje się spełniony, bo z perspektywy czasu wiem, że mogłem osiągnąć znacznie więcej – żałuje. Ostatnio z dziećmi oglądał ten pamiętny mecz z Hutnikiem, kiedy rzucał bramki Szmalowi. Coś przebąkiwał, że było przy tym dużo śmiechu…z barwnej fryzury ojca. I fajnie, że jest co wspominać.
MK

Podziel się informacją ...
  • 207
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w Extra